Rozmowa z Radosławem Sojką, współautorem osiedla Żoliborz Artystyczny

2017-04-28 12:03 Tekst: Maja Mozga-Górecka
Rozmowa z Radosławem Sojką, współautorem osiedla Żoliborz Artystyczny
Autor: archiwum serwisu Radosław Sojka. Fot. Marcin Czechowicz

W naszych projektach w cenie metra założonej przez dewelopera dodajemy bonus w postaci dobrej architektury. Bo budować brzydko i ładnie można z podobnym budżetem – o współpracy z artystami, związkach sztuki z architekturą i planowanej realizacji siedziby programów informacyjnych TVP z Radosławem Sojką rozmawia Maja Mozga-Górecka.

W projekt Żoliborza Artystycznego zaangażowano zespół 12 artystów, m.in. Piotra Młodożeńca, Maurycego Gomulickiego, Jana Bajtlika. Można odnieść jednak wrażenie, że sztuka i architektura idą tam osobnymi drogami. Była współpraca między Państwem?

Jeśli prześledzić historię związków sztuki z architekturą, to mamy okresy, gdy dziedziny te są nierozłączne oraz takie, gdy architektura celowo rezygnuje z elementów dekoracyjnych, wystarcza jej sama gra płaszczyzn. Na Żoliborzu autorem pomysłu, by zaangażować tamtejszych artystów, a patronami ulic zrobić Kalinę Jędrusik, Janusza Morgensterna czy Czesława Niemena, był burmistrz dzielnicy. Elementy artystyczne – murale, rzeźby, mozaiki, druk na szkle – ubogacają architekturę, ale rzeczywiście zostały dodane później i kompozycja architektoniczna mogłaby funkcjonować bez nich. Jestem jednak głęboko przekonany, że to jej pomogło. Projekty mieszkaniowe szybko zaczynają żyć własnym życiem, pojawiają się w nich indywidualne rozwiązania. Nie chcę powiedzieć, że to jest z gruntu złe. W przypadku tej realizacji sztuka wprowadziła do architektury życie, ale w wersji pośredniej. Osiągnęliśmy stan między czystą ideą architekta a przypadkowymi naleciałościami, które pochodzą od mieszkańców. Na tę współpracę składały się setki rozmów, zdarzały się propozycje, które w ogóle nie uwzględniały kontekstu. To był bardzo długi proces koordynowany przez Olgę Wolniak, a efekt jest wynikiem zmagania się trzech sił: artystów, architektów i inwestora.

W przypadku Klimt House „współpracowali” Panowie z dawno zmarłym artystą. Czy zamiłowanie dewelopera do wiedeńskiej secesji przełożyło się na architekturę?

Ceny sięgają 20 tys./m2, a mieszkania od podwórka mają mało światła, trochę jak w XIX-wiecznej kamienicy. Nawiązań do secesji nie ma w bryle budynku, który jest jak szkatułka – trzeba wejść do środka, żeby odnaleźć bogactwo wystroju. Reprodukcje obrazów Gustava Klimta w lobby to element pewnej opowieści stworzonej przez inwestora, który musiał wydać książkę, żeby uświadomić klientom, o jakiego artystę chodzi. Układ kamienicowy był bardzo krytykowany po wojnie, ale dziś wiele osób chce mieszkać w dawnych oficynach, nawet z widokiem na podwórka studnie. Klimt House stoi w pierzei ulicy i uzupełnia zabudowę, która na warszawskim Mokotowie powstawała w latach 30. XX wieku.

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum