Przedprojektowanie, czyli sztuka zadawania właściwych pytań
Zanim na stole pojawi się pierwsza koncepcja architektoniczna, ktoś musi zadać właściwe pytania. Ustalić, czego naprawdę potrzebuje inwestor. Porozmawiać z użytkownikami. Przełożyć ich oczekiwania na wytyczne. Michał Sikorski robił to przez lata — w Warszawie i Paryżu. I przekonuje, że bez tego etapu nawet najlepszy architekt dostaje złe zadanie.
Artur Celiński: Zacznę od pytania-pułapki. Ile z sukcesu oraz dobrego przyjęcia nowego gmachu Wydziału Psychologii UW albo Domu Studenta nr 7 jest zasługą Twoją, Twoich kolegów i koleżanek z Biura Innowacji w Przestrzeni Akademickiej Uniwersytetu Warszawskiego?
Michał Sikorski: Nie widzę żadnej pułapki w tym pytaniu, bo odpowiedź jest prosta. Autorami tych budynków są zdecydowanie architekci i to przede wszystkim efekt ich pracy. Ale rozumiem, do czego zmierzasz. Jako ówczesne Biuro zrobiliśmy prace przygotowawcze do tych projektów. Pełniliśmy też nadzór projektowy jako architekci po stronie zamawiającego. Cieszę się, że wówczas udało się nam porządnie przygotować kilka konkursów architektonicznych. To odbiło się echem w środowisku i przełożyło potem na jakość budynków, komfort pracy projektantów i satysfakcję użytkowników.
AC: Nie mówię o autorstwie. Próbuję ustalić, za co właściwie Uniwersytet Warszawski płacił zatrudnionym przez siebie architektom i architektkom? To nie jest takie oczywiste, żeby instytucja publiczna łatwo godziła się na to, aby za projektowanie płacić podwójnie – najpierw Wam, a potem jeszcze pracowni – autorom konkretnego obiektu.
MS: Nikt nie płacił podwójnie za to samo. Nasze Biuro powstało z inicjatywy ówczesnej prorektor ds. rozwoju, Anny Gizy-Poleszczuk i architektki Ewy Rudnickiej po to, by w kompleksowy sposób zadbać o cały proces projektowania. Robiliśmy więc nie tylko wytyczne funkcjonalne, studia wykonalności czy założenia konkursowe, ale też pilnowaliśmy później, by na etapie realizacji nie odejść od pierwotnych zamierzeń. Ten brak oczywistości, który zaszył się w Twoim pytaniu, wynika pewnie z utrwalonego przekonania – być może to jakaś pochodna czasów transformacji i wolnorynkowej struktury zamówień – że projektowanie zaczyna się od koncepcji, a kończy na dokumentacji wykonawczej. A czasem są jeszcze mniejsze zakresy. To błąd. Wydaje mi się, że projektowanie jest znacznie szerszym pojęciem. Zwłaszcza w przypadku inwestycji publicznych trzeba najpierw zadać sobie pytanie, co w ogóle chcemy zbudować, dla kogo i na jakich zasadach ma to działać. Stworzyć wytyczne i program funkcjonalny w oparciu o architektoniczne studium wykonalności, a nie tylko tabelkę w Excelu. Pomyśleć nad istniejącymi uwarunkowaniami. Zmienić je, jeśli czujemy, że to potrzebne. Zrozumieć szerszą ideę, kontekst stojący za pojedynczym budynkiem. I dopiero wtedy warto zapraszać architektów do konkursu. Esencja tego wszystkiego jest prosta: jak dobrze zadasz pytanie, dostaniesz dobrą odpowiedź. Głupie wytyczne na ogół dadzą głupi projekt — niezależnie od tego, jak dobry będzie architekt.
AC: Widocznie głupota nam nie przeszkadza, skoro tak często spotykamy się z przetargami opartymi na zasadzie zaprojektuj i wybuduj oraz kryterium najniższej ceny. Co przekonało władze uniwersytetu do pójścia inną drogą?
MS: Po pierwsze, jest to efekt obserwacji tego, w jaki sposób realizowane są inwestycje przygotowane w oparciu o przetargi, nakierowane przede wszystkim na szukanie najniższej ceny. Zbyt często efektem takiego działania są po prostu złe budynki. Jeżeli więc na każdym kroku widzisz tego konsekwencje – a nie mówimy tylko o procesie inwestycyjnym, ale też normalnym, codziennym funkcjonowaniu w danej przestrzeni – zaczynasz szukać innych rozwiązań. Przecież źle zaprojektowane obiekty, marnie przygotowane adaptacje czy remonty generują zarówno dodatkowe koszty, a także powodują frustrację użytkowników i mogą wpływać na całe funkcjonowanie uczelni czy innej organizacji. Mamy na to szereg konkretnych dowodów z całego świata. Na początku mojej pracy zawodowej miałem okazję pracować przy wielkoskalowym projekcie kampusu dla miasta-uniwersytetu Paris-Saclay. Projekt powstał w dekadę, zakładał połączenie kilku technicznych i elitarnych grandes écoles, bardziej demokratycznych Universités oraz licznych ośrodków R&D — potrzebował wspólnej przestrzeni dla 48 tysięcy użytkowników. Dla wszystkich osób zaangażowanych w tę realizację było jasne, że jakość projektowania przekłada się nie tylko na subiektywne odczucia, lecz także na wyniki naukowe czy finansowe danej instytucji i samorządów. Jeśli chcesz konkurować z najlepszymi uczelniami na świecie, nie możesz pozwolić sobie na odpuszczenie tematu organizacji przestrzeni, bo chcesz zaoszczędzić na pracach projektowych.
AC: Ale właśnie tak się często dzieje – oszczędzamy na procesie projektowania, bo nie widzimy wartości, o których mówisz.
MS: Widzimy. Ale zazwyczaj wtedy, gdy boleśnie przekonamy się o konsekwencjach tych oszczędności przy realizacji swoich inwestycji. Inwestorzy, którzy popełnili ten błąd, doskonale wiedzą, jaki jest koszt złego procesu projektowego i jakie pojawiają się problemy, gdy nie przebiega on dobrze. Popatrz na ludzi, którzy pierwszy raz budują swoje domy, nie „zbawiają” ich tematyczne blogi, tiktoki czy instagramy. Te wszystkie osoby przechodzą przez ten sam proces co pozostali, a i tak popełniają te same błędy. Zawodowy inwestor natomiast, już je kiedyś popełnił i wie, że bez dobrych założeń nie będzie dobrego projektu, bez dobrego projektu nie będzie dobrej realizacji, a bez dobrej realizacji nie tylko obiekt, ale cała firma czy instytucja będzie gorzej funkcjonowała. Oszczędzanie na szarych komórkach projektantów to słaba oszczędność.
AC: Zakładasz, że taki inwestor dostrzeże popełnione błędy i ich związek z procesem projektowania oraz codziennym funkcjonowaniem ich firmy, rodziny czy instytucji?
MS: Tak się coraz częściej dzieje. Do naszej firmy TŁO regularnie zgłaszają się instytucje z prośbą o doradztwo, bo chcą zaprojektować i zbudować coś bardzo dobrego. Jako społeczeństwo coraz częściej dostrzegamy znaczenie i wartość procesu przedprojektowania. Można powiedzieć, że odkrywamy je na nowo, bo funkcjonowanie pracowni architektonicznej po stronie zamawiającego – a tym właściwie było Biuro Innowacji w Przestrzeni Akademickiej UW – było regułą przed 1989 rokiem. Potem trochę o tym zapomnieliśmy, może zachłysnęliśmy się tym, że wraz z wejściem firm prywatnych z doradcami dla klientów nie trzeba projektować wszystkiego od zera, tylko można skorzystać z gotowych systemów i rozwiązań. Wolny rynek zrobił swoje. Nie jestem ekspertem od tego typu analiz, ale wydaje mi się, że po prostu po transformacji nie było warunków materialnych, by rozwijać tego typu działania. Osoby, które umiały przeprowadzać takie procesy, po prostu nie były w stanie się z tego utrzymać. To trochę tak jak z polską urbanistyką. W teorii wiemy, jak bardzo ważne jest dobre planowanie przestrzeni. W praktyce wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak to wyglądało przez ostatnie trzy dekady.