Kropla drąży skałę: Ewa Kuryłowicz

2020-11-25 11:35 Rozmawiała: Agata Twardoch
Ewa Kuryłowicz
Autor: fot. Maciej Zienkiewicz Ewa Kuryłowicz

Większość architektów to mężczyźni, więc mężczyźni piszą historię i lansują swój punkt widzenia, nawet nie bardzo o tym wiedząc. Tak szybko tego „nie przewrócimy”, ale jestem zdania, że to kwestia ewolucji. Jak mówi łacińskie przysłowie: kropla drąży skałę nie siłą, a częstym padaniem – zmiana jest nieuchronna. Ewa Kuryłowicz o tym, co pozwoliło jej odnieść sukces w pracy projektantki i wykładowczyni.

Agata Twardoch: Studiowała Pani na Politechnice Warszawskiej, a po drodze trochę w Stanach Zjednoczonych, co w latach 1970 nie było ani łatwe ani często spotykane.

Ewa Kuryłowicz: Na przełomie 1974 i 1975 roku przez jeden semestr studiowałam na Iowa State University w Ames, w ramach wymiany, którą z tą uczelnią prowadził mój wydział. Ta Iowa budzi pewien uśmieszek, bo to przecież Midwest i sami farmerzy... Ale bogaci farmerzy! Mieli fantastyczny uniwersytet, świetnie wyposażony i z taką biblioteką, jakiej nie widziałam już potem nigdzie indziej, na żadnej z amerykańskich uczelni. Te studia otwarły mi oczy na świat, bo oprócz samych zajęć zwiedziliśmy prawie całe Stany Zjednoczone, bez Florydy. Ten wyjazd to był ważny fragment moich studiów, które kończyłam po powrocie do Warszawy. Tu też broniłam doktorat i habilitację. W 2000 roku zaczęłam pracować jako profesor nadzwyczajny, a w roku 2014 uzyskałam tytuł profesora zwyczajnego. Karierę akademicką wypełniłam na wszystkich szczeblach. Przy okazji cały czas byłam aktywna jako projektant. Najpierw, do 1990 roku, pracowaliśmy ze Stefanem popołudniami, tak jak pozwalała nam na to praca na etacie. Stefan wychodził z państwowego biura projektów o 16.00, ja kończyłam wtedy zajęcia na uczelni i zostawało jeszcze sporo czasu, który można było wykorzystać na projektowanie. Oboje mieliśmy do tego ogromny zapał. Dzięki temu, że dzieliliśmy tę pasję, nigdy nie miałam problemu z tym, żeby pracować w zawodzie.

Mój mąż doskonale rozumiał tę potrzebę, ponieważ miał podobną. W tej mierze bardzo dużo zawdzięczam też jego mamie – jeszcze żyjącej pani architekt, Alinie Kuryłowicz, która sama, chociaż zrobiła dyplom w 1952 roku, też na warszawskim wydziale, nigdy nie pracowała w zawodzie. Tak jej się ułożyło życie. Pracowała jako plastyk w warszawskich kinach, bo to dawało jej elastyczność czasową, a na skutek różnych okoliczności życiowych wylądowała w pewnym momencie z trójką dzieci na własnym utrzymaniu. W związku z czym żadna praca od 8-ej do 16-ej nie wchodziła w grę. I ona bardzo mi pomogła. Powiedziała: „Ja nie mogłam pracować jako architekt, ale Tobie pomogę, żebyś Ty mogła”. I naprawdę mi pomogła ogromnie. To był taki splot szczęśliwych okoliczności. Wiem, że nie wszystkie kobiety tak mają, ale ja miałam i to wykorzystałam. Nadal wykorzystuję ten drive do tego, by być w zawodzie nogami i rękami. Tytuły akademickie zdobywałam po to, żeby pracować samodzielnie. Żeby nikt mi nie mówił, jak mam uczyć i czego mam uczyć, tylko żebym mogła decydować sama. A to jak wiadomo w naszym systemie jest możliwe tylko, gdy jest się samodzielnym pracownikiem nauki. Doktorat jeszcze do tego nie wystarczy, trzeba mieć habilitację. Dopiero po habilitacji mogłam w czasie dyskusji z każdym profesorem powiedzieć: „Tak, rozumiem ten punkt widzenia, ale mój jest inny”. I nikt już nie mógł mi tego zabronić. Zresztą z tego samego powodu do profesury namówiłam Stefana, który nie bardzo chciał się po tych szczeblach wspinać, ale jako osobie niezwykle niezależnej, bardzo mu się podobało to, że nikt mu nie będzie mógł niczego na wydziale kazać.

Czytaj też: Architektura – męski klub? |

Nazwisko Pani Profesor jest pierwszym, które pojawia w każdej rozmowie o kobietach w architekturze. Przejrzałam wiele tych rozmów i praktycznie w każdej pada pytanie o architekturę kobiecą. Wiem, że konsekwentnie podkreśla Pani, że nie widzi różnicy między projektami prowadzonymi przez kobiety i przez mężczyzn, ale moje pytanie jest inne: czy wyobraża sobie Pani, żeby jakiegokolwiek mężczyznę architekta za każdym razem pytać o architekturę męską? Czy Stefana Kuryłowicza ktokolwiek prosił, o to czy mógłby scharakteryzować męską architekturę?

This is a man’s world – oczywiście. Większość architektów to mężczyźni, więc mężczyźni piszą historię i lansują swój punkt widzenia, nawet nie bardzo o tym wiedząc. To jest sztuczne, lecz wynika z bardzo długiej historii. Tak szybko tego „nie przewrócimy", ale jestem zdania, że to kwestia ewolucji. Jak mówi łacińskie przysłowie: kropla drąży skałę nie siłą, a częstym padaniem – zmiana jest nieuchronna. Pokrzykiwania mizoginów i seksistów, które tu i ówdzie słyszymy, są dla mnie niczym innym jak efektem paniki i chęci „zawracania Wisły kijem”. Tej zmiany nie da się już zatrzymać. My kobiety doszłyśmy do tego, że możemy wyrażać swoje ambicje i dążenia. Nie ma żadnego powodu, żeby były one mniejsze tylko dlatego, że rodzimy dzieci. A jeszcze wkręcanie do tego sił boskich i metafizycznych jest dla mnie objawem już nie tyle samej paniki, ile desperacji! Różnice między kobietami a mężczyznami są, oczywiście, różnimy się, ale też się uzupełniamy. Natomiast te różnice nie wpływają na naszą zdolność do projektowania. Naprawdę, w takim dużym zespole, w jakim pracowaliśmy ze Stefanem, i teraz gdy już działamy bez niego, jest nie do wyśledzenia, który projekt powstał w zespole złożonym z kobiet architektów, czy prowadzonym przez kobietę.

Bardzo mi się podoba ta narracja bazująca na desperacji. Daje nadzieję na trwałą zmianę! Po drodze udało się Pani Profesor w jednej wypowiedzi przeskoczyć całą, bardzo długą edukację i wszystkie ścieżki kariery, ale ja nie chciałabym przeskakiwać nad Pani dyplomem i doktoratem, a przede wszystkim nad osobą promotorki - profesorki Haliny Skibniewskiej. Jaką była nauczycielką? Jak się z nią pracowało?

Całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że najważniejszych rzeczy w życiu zawodowym nauczyłam się od kobiet. I moim zdaniem tak powinno być – jesteśmy innymi istotami niż mężczyźni. Nie ma sensu ani powodu, żeby z tą swoistością walczyć, dlatego warto uczyć się od do nas podobnych. Natomiast gdy byłam młoda, nawet nie zakładałam, że tak będzie. I zmianę zdania w tym względzie w ogromnej mierze zawdzięczam właśnie profesor Skibniewskiej. To było w 1975 roku, gdy pani profesor wróciła na wydział po przerwie. Co ciekawe ona przyjęła zasadę, która potem, po roku 90, nie wszystkim się podobała – że, aby mieć na coś wpływ, trzeba się zaangażować, a nie odcinać. Stąd prowadziła dość mocno widoczną działalność polityczną, była nawet wicemarszałkiem sejmu. Dla niektórych były to zbyt daleko idące kompromisy, natomiast ja ją znałam bardzo dobrze i widziałam jak ona ten fakt wykorzystuje. Wykorzystywała go głównie po to, żeby działać na rzecz – jak wtedy się mówiło – inwalidów, a wówczas byli to ludzie kompletnie niewidoczni. I nie widziałam żadnej sytuacji, w której ten jej kompromis sięgałby gdziekolwiek dalej. Halina Skibniewska była niesłychanie charakterystyczną postacią z bardzo szerokim wykształceniem, nie tylko architektonicznym, z ogromną kulturą. Sama o sobie mówiła, że jest uczennicą profesora Gutta, a wtedy na wydziale był kult profesora Pniewskiego – bardzo prominentnego architekta, zwłaszcza w Warszawie – autora przebudowy Sejmu, wielu sądów i swojej willi, obecnie muzeum. Natomiast profesor Gutt był całkiem inny.

Piewcy różnic między architekturą męską a kobiecą powiedzieliby pewnie, że uprawiał architekturę kobiecą. Poza tym pani profesor była też absolwentką wydziału socjologii i to jej „społeczne ramię”, w połączeniu z ogromnym talentem projektantki, czyniły z niej zupełnie fascynującą osobę! Ja trafiłam na jej zajęcia, gdy zaczęła się tematyka mieszkaniowa i mieszkalnictwo. Domy jednorodzinne u nas się robiło na drugim roku, a to był trzeci. Panowało wtedy przekonanie, które nadal troszeczkę obowiązuje, że architektura mieszkaniowa to nie jest architektura. Że prawdziwa architektura, to budynki użyteczności publicznej, budynki reprezentacyjne i ogromne skale, no ewentualnie – pałace albo megarezydencje. Natomiast zwykła mieszkaniówka to takie „chlebowe” zajęcie dla projektantów, taka krzyżówka do rozwiązania. A ona pokazała nam, że nic z tego nie jest prawdą, że projektowanie zabudowy mieszkaniowej to niezwykle twórcza działalność, wymagająca ogromnej dyscypliny i talentu, który trzeba trochę zalgorytmizować. To były lata 70., byliśmy uczeni architektury prefabrykowanej, gdzie na przykład wszystkie łazienki były bez okien. Wtedy wydawało się oczywiste, że jak się rysuje mieszkanie, to łazienka jest upchnięta gdzieś w środku i nie ma prawa do światła dziennego. A profesor Skibniewska potrafiła zapytać: „Dlaczego nie robicie w łazienkach okien? Pomyślicie o tym, ile czasu człowiek tam spędza!”. To także ona powiedziała mi o książce Pochwała cienia Junichiro Tanizakiego, w której jest poemat o tym, jak człowiek powinien spędzać czas w, za przeproszeniem, wychodku. Więc z nią to było takie odkrywanie świata na nowo. Przekonywała nas, że człowiek w mieszkaniu się realizuje, że spędza w nim bardzo dużo czasu.

Albo inny przykład: to był okres, gdy dopiero wyszliśmy z normatywów gomułkowskich i wszyscy je krytykowali jako nieżyciowe i nieludzkie, a ona zgodnie z nimi zaprojektowała Sady Żoliborskie, które przecież nadal budzą podziw rozwiązaniami i architekturą! Kiedy wróciłam ze Stanów, pani profesor zapytała mnie, co sądzę o Ameryce. Poza zachwytami nad miastami, które rzeczywiście były zapierające dech w piersi, powiedziałam, że dziwi mnie, że taki szczęśliwy kraj, że prawie wszystko ma, ale na ulicach pełno jest nieszczęścia – młodych okaleczonych ludzi na wózkach i o kulach. Profesor Skibniewska popatrzyła na mnie i powiedziała: „Dziecko, u nas oni też są, tylko nie mają jak wyjść z domu..." I mnie się wtedy zapaliły wszystkie lampki w głowie. Od razu postanowiłam, że swój dyplom poświęcę temu zagadnieniu. Zaprojektuję mieszkania dostępne dla niepełnosprawnych. A z tamtą technologią i normatywami to było bardzo trudne zadanie. Nie chciałam, żeby architekturę zdominowały pochylnie, ani nie chciałam mieszkaniom specjalnym poświęcić jedynie parteru. Od początku zależało mi, żeby te mieszkania były rozsiane po całym osiedlu, żeby były w zróżnicowanej ofercie i na równych prawach. Mieszkania dla osób na wózkach musiałam konstruować na bazie obowiązujących modeli i mogły być jedynie o jedno oczko większe, czyli M3 mogło pełnić rolę M2, M2 – M1. W końcu udało mi się to zrobić konsekwentnie, jakieś nagrody się posypały – pewnie głównie za samo zamierzenie i za to, że w ogóle zwróciłyśmy uwagę na problem. To był rok 1976. Kto wtedy słyszał o potrzebach osób niepełnosprawnych!? Gdy postanowiłam pisać doktorat, wybór tematu był naturalny. Skoro już pokazałam, że da się projektować mieszkania przyjazne osobom – na początek – na wózkach w całkiem zwyczajnym osiedlu, musiałam zająć się tą kwestią w obiektach użyteczności publicznej. I znowu profesor Skibniewska została promotorem mojego doktoratu, tak że była ze mną przez wiele lat. Pracę habilitacyjną, na podstawie książki o projektowaniu uniwersalnym, broniłam w 1996 roku, a to już, jak wiadomo, robi się bez promotora, więc potem nasze drogi się rozeszły, ale cały czas wspominam ją z ogromną wdzięcznością i sympatią. Gdy jest mowa o kobietach architektach mówię o niej zawsze na pierwszym miejscu.

Pani kariera jako architektki bardzo silnie związana jest z Wydziałem Architektury Politechniki Warszawskiej.

Na warszawskim wydziale zaczęłam pracować w zasadzie jeszcze jako studentka, najpierw prowadziłam zajęcia w zakładzie rysunku, malarstwa i rzeźby, ale zatrudniona zostałam po dyplomie. Dostałam dyplom z wyróżnieniem i dzięki temu mnie od razu przyjęli. „Zaokrętowałam się" na pierwszym roku, który do tej pory jest moim oczkiem w głowie. Uważam, że to najważniejszy moment nauki – ten początek, gdy studentom trzeba na nowo opowiedzieć świat. Skąd się wzięły drzwi, z czego się wzięło okno – ktoś to kiedyś wymyślił, ale po co? Dlaczego? Zawsze uważałam, że przede wszystkim nie można zmarnować talentów, które ludzie mają i na to trzeba uważać od początku. Trzeba je umieć odkryć i później umiejętnie poprowadzić. Pamiętam, że kiedyś ofuknął mnie jeden z profesorów, gdy już jako asystentka, prowadząc projekt zatytułowany dom jednorodzinny, podczas przeglądu powiedziałam studentowi, że ja przede wszystkim nie chciałabym zepsuć tego, z czym on ten projekt zaczyna, a fakt, że akurat ja jestem nauczycielem nie powoduje, że mogę mu coś „kazać”. I profesor wtedy powiedział, że tak nie powinno się stawiać sprawy, że student musi wiedzieć, gdzie jest jego miejsce, a pozycja nauczyciela nadaje mu status wyroczni – student zaś jest tylko uczniem.

Ja nigdy tak nie myślałam; zawsze byłam i nadal jestem przekonana, że za 5 lat ten student będzie moim kolegą, więc nie ma specjalnego powodu, żebym się specjalnie wywyższała. To jest taki delikatny balans pomiędzy relacją, w której jednak przekazujemy wiedzę i doświadczenie, i chcemy uniknąć sztucznego partnerstwa, oraz poczuciem, że nie stoimy przed białą tablicą, ale przed człowiekiem, który ma swoją wrażliwość, zdolności i pewne skłonności do tego zawodu. Same egzaminy wstępne są niezwykle wymagające i ich przejście o tym świadczy. Z naszych studentów każdy ma jakiś talent, ale te talenty niekoniecznie są takie, że od razu wszyscy „trzaskają” jakieś superprojekty. Jeden lepiej czuje skale urbanistyczne, inny – kwestie związane z architekturą krajobrazu. Jeden jest lepszy w rozwiązaniach detalicznych, kolejny we wnętrzarskich. I dobrze, bo potem potrzebujemy zespołów, których siła polega na tym, że ludzie o różnych kompetencjach potrafią się odnaleźć, wspierać i razem działać. Postać heroiczna, romantycznego projektanta, demiurga, który posiadł wszystkie talenty i jest samodzielny, jest już nieaktualna. Podczas mojej 43-letniej kariery, udało mi się odnaleźć i pokierować ludźmi, którzy robią teraz bardzo szczególne rzeczy. Na przykład piszą. Bo udało mi się zauważyć, że architektoniczna publicystyka, opowieści, wychodzą im lepiej niż innym. Wobec tego mówiłam: „Staraj się pisać, pisz więcej, to jest też architektura tylko troszeczkę inaczej widziana”. Myślę, że takie indywidualne i uważne podejście do studentów jest dobre.

Zdecydowanie! Również jestem zdania, że w tej pracy pomaga przekonanie, że od samego początku mamy do czynienia z pełnowartościowym człowiekiem, który ma coś do powiedzenia, a nie z kimś pośledniejszym…

Któremu można coś narzucać, prawda? Takie przedmiotowe traktowanie bardzo się potem na tych studentach odbija. Jedna z moich koleżanek wspomina, że na pierwszym roku miała zajęcia z bardzo autorytarnym asystentem i swoje projekty prowadziła zgodnie z jego wizją. On mówił, jak ma być i ona to rysowała. Dostawała piątki, ale w jej opinii to było coś strasznie brzydkiego, źle się z tym czuła. Dużo czasu zajęło jej odkrycie, że woli dostawać tróje, ale projektować zgodnie ze swoimi przekonaniami. Można zatem i takie niszczące rzeczy ludziom zrobić, choć jestem przekonana, że asystent chciał dobrze.

Pewnie też tylko taki styl nauczania znał ze swoich studiów. Ja taki model ze swoich bardzo dobrze pamiętam. Wspomniała Pani, że ma ponad 40-letnie doświadczenie w pracy na uczelni. Jak się ona zmieniła przez ten czas?

Zmieniła się i zmienia nadal. Przede wszystkim kilka lat temu przeszła reformę, którą ja oceniam jednak globalnie źle, głównie wskutek mechanizmów, które wprowadziła. Nie w samej swej istocie. W Warszawie wracamy teraz do stanu sprzed wprowadzenia systemu bolońskiego, do systemu studiów jednolitych, bo uważamy, że nie dla wszystkich ten 3-stopniowy model był dobry. Dwa dyplomy – inżynierski i magisterski, w tak krótkim odstępie, okazały się zbyt męczące. A główny cel systemu bolońskiego – możliwość łączenia dyscyplin – u nas jakoś nie działał. Wiem, że w USA są studenci, którzy po pierwszym stopniu prawa zaczynają drugi na architekturze, bądź po bachelors degree w architekturze idą na medycynę. Tam to jest normalne, u nas nie zadziałało. Więc nowy pomysł na naszym wydziale jest taki, że ci którzy będą chcieli po uzyskaniu stopnia inżyniera jechać gdzieś dalej i studiować coś innego gdzie indziej, na przykład zagranicą, mogą iść na studia trójstopniowe, które od początku są anglojęzyczne. Natomiast ci, którzy chcą skończyć studia tu, gdzie je zaczęli, mają 5-letni program jednolity i studiują po polsku. Uważam, że to świetny pomysł. Jestem także zadowolona z tego, że do normalnego toku studiów włączamy zajęcia z teorii architektury. Wcześniej pojawiały się jako fakultet tylko w wybranych ścieżkach specjalizujących, których mieliśmy osiem. Ja prowadziłam jedną z nich – nazywała się Architektura Idei i była najbardziej nasycona teorią.

W nowym cyklu teoria architektury jest przedmiotem egzaminacyjnym na pierwszym roku, buduje całą sekwencję teoretyczną. Nadal uważam, że tej teorii powinno być więcej, ale rozumiem – świat się teraz zrobił bardzo wymagający i trzeba się uczyć wielu kwestii technologicznych. Więc musi to wystarczyć, ale musi być prowadzone dobrze. Teoria architektury jako dział naszej dyscypliny jest obecnie troszeczkę w odwrocie, to nie to samo co 10 lat temu, kiedy ta debata była bardzo gorąca i wszyscy się sprzeczali w publicystyce, na konferencjach i na seminariach, szukano połączeń z teorią innych dziedzin sztuki. W tej chwili to przygasło. Patrik Schumacher ze swoim parametryzmem, w pierwszej dekadzie naszego wieku, to ostatni akcent lansowania teorii jako czegoś nadrzędnego i wiodącego. Na szczęście do podstawowego wyposażenia naukowego i zawodowego architekta weszła nauka prowadzenia badań i researchu. Nie znam poważniejszych pracowni, które nie zaczynają w ten sposób pracy. To także rzecz wymagana w konkursach i przy okazji tego, żeby czytelnie podać ideę projektu. Gdy patrzę od drugiej strony, od strony jury, widzę, że często dłużej działającym, starszym architektom, jest szalenie trudno się w takich wymaganiach odnaleźć. Mylą ideę z celem albo z zadaniem projektu, nie potrafią sami opisać myśli swoich projektów i potem ona jest trudna do zlokalizowania. Dla młodych to już teraz część oczywista i myślę, że jest to bardzo korzystne.

A czy jest coś, co jeszcze trzeba na wydziałach architektury zmienić?

Tak, zdecydowanie. Na przykład wydaje mi się, że ogólnie brakuje problemowego podejścia do projektu. Kilka tygodni temu czytałam wywiad z Magdaleną Górecką („A-m" 8/2020), która kończyła studia w Szwajcarii, wygrała konkurs na szkołę w Ghanie i skarżyła się, że na pierwszym stopniu studiów, który robiła u nas na Politechnice Warszawskiej, gdy dostawała zadanie, to już po tygodniu miała przynieść rzut. W ogóle nie było miejsca na rozmowę i głębszą analizę. Ja tak nie uczę. W moim zespole – w tym roku wprawdzie przeszłam na emeryturę i nie jestem już kierownikiem zakładu, który prowadziłam przez lata, ale nadal programowo pomagam – zaczynamy od rozmowy i ta rozmowa jest ciągła. Pytania po co się coś robi i dlaczego zawsze są pierwsze. Ale wiem, że to nie jest norma. Są tacy, którzy uczą bardziej automatycznie, są nastawieni na efekty i gdy zaczną ze studentami projekt to od razu myślą o wizualizacjach i o wystawie. Od początku dążą do tego, żeby wystawa była jak najbardziej efektowna i może jest, tylko że niewiele z tego wynika dla rozwoju młodego człowieka. W mojej ocenie to podejście problemowe jest lepsze – dwa lata temu w ramach zajęć robiliśmy projekty na konkurs Schindler Award, no i jeden z naszych zespołów otrzymał wyróżnienie – jedno z dwunastu na całym świecie. A to jest niesłuchanie trudny konkurs urbanistyczno-architektoniczny, przerabia się kawał miasta, akurat wtedy Bombaju, trzeba zrobić ogromny research. Więc to wyróżnienie to dla mnie dowód, że uczymy tak samo jak najlepsze światowe szkoły. Szczególnie, że nasz wydział w porównaniu z bogatymi zagranicznymi uczelniami wygląda słabo – nie mamy dostępu do tych wszystkich maszyn, modelarni, drukarek 3D. No ale jak się okazało można i to przeskoczyć.

Konkurs Schindler Award dotyczy także projektowania uniwersalnego, dlatego pozwolę sobie jeszcze wrócić do tej kwestii: przez długi czas była Pani członkiem komitetu Warszawa Bez Barier, prawda?

Teraz jestem w innym ciele, które się nazywa Krajowa Rada Dostępności i jestem tam z delegacji Krajowej Izby Architektów. Bardzo się cieszę, że taka rada powstała, odnosi już pierwsze sukcesy. Na przykład podpisana w 2019 roku ustawa o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami, to ogromny krok do przodu. A wcześniej rzeczywiście byłam w komitecie Warszawa Bez Barier. Też udało nam się wtedy wiele zdziałać. W stolicy jest specjalna komórka, która dba o potrzeby osób niepełnosprawnych, gdzie działa zresztą fantastyczna Donata Kończyk, z którą miałam przyjemność współpracować jeszcze wcześniej jako konsultant dostępności dla Uniwersytetu Warszawskiego. Teraz w Warszawie obowiązują standardy które są rozporządzeniami miejskimi i wymagają dostępności na określonym poziomie. Mam wrażenie, że w Warszawie, tak jak w Gdyni, jest już głęboko utrwalona ta świadomość, że potrzeby osób niepełnosprawnych to nie żadna fanfaronada. A wcześniej zdarzało mi się słyszeć od prywatnych inwestorów: „Co mi tu pani mówi, tamtych ludzi jest 3%, i ja nie będę na to pieniędzy wydawał!” Jeden inwestor, dla którego projektowaliśmy biurowiec powiedział kiedyś, że nie będzie budował żadnej windy, bo to prywatny zakład. Nie chciał mi wierzyć, że nawet budynek prywatny jest budynkiem użytku publicznego. Walka o pełną dostępność nigdy nie jest skończona, ale cieszę się, że takie głosy już się praktycznie nie zdarzają. Tak jak w konkursie Schindlera, jest już raczej oczywiste, że wszystko musi być dostępne i to nie tylko dla ludzi z problemami mobilności, ale też tych, którzy nie widzą, nie słyszą itd. Przy poprzednich edycjach tego konkursu dostarczana z warunkami była dodatkowa książka, w której opisywano na czym ta dostępność ma polegać. Teraz to już jest w domyśle.

Czytaj też: Schindler Global Award 2019: prezentujemy wyróżnioną pracę polskich studentów |

Natomiast świat nadal nie wie jak osobom z niepełnosprawnościami komunikować projekty. Zwłaszcza niewidzącym. Cieszymy się z partycypacji, omawiamy ze społeczeństwem plany, uchwały, zmiany. Natomiast ci, którzy nie widzą, są z tego wykluczeni. Musimy wypracować sposób, który pozwoli im także czytać i rozumieć projekty. Na zachodzie mówi się o tym od dłuższego czasu. Z dobrych informacji: w zeszłym roku doktorat, którego byłam promotorem, obroniła Zuza Bogucka – absolwentka psychologii środowiskowej na Uniwersytecie Warszawskim. A obroniła go w dyscyplinie nauki techniczne za badanie kwestii pozawizualnych determinant orientacji w przestrzeni oraz za ramy współpracy psychologa środowiskowego z architektem. Zuza sformułowała rekomendacje, nawet nie na temat tego, jak architekt ma projektować konkretnie, ale kiedy ma współpracować z psychologiem. Doktorat dostał wyróżnienie i nagrody, a ja się bardzo cieszę, bo to jest tak naprawdę moje jedyne osiągnięcie w łączeniu dyscyplin i chyba pierwszy u nas doktorat dla kogoś spoza dyscypliny, czyli jednak realizacja tego systemu bolońskiego, choć dopiero na styku drugiego i trzeciego stopnia studiów.

W Pani działalności wyraźnie widać dwa wątki – edukację i projektowanie uniwersalne. Dobrze to odczytuję?

Właściwie mam w użyciu takie trzy tematy, które rozwiązuję teoretycznie, w pracy naukowej. Jeden to jest ciągle temat rzeka, czyli projektowanie świata dla wszystkich od razu, właśnie w oparciu o zasady projektowania uniwersalnego. Drugim tematem jest rzeczywiście sama edukacja architektoniczna, w ramach nabywanego przeze mnie doświadczenia w dydaktyce i projektowaniu. To w jaki sposób można uczyć, jak używać tej swojej refleksji do tego, żeby docierać do zmieniających się cały czas pokoleń studentów. I mam jeszcze trzeci nurt zainteresowań: architekturę symboliczną. Przekaz architektury przenoszącej znaczenia, które są metafizyczne i bardzo ważne dla ludzi. W końcu ludzie zawsze chcą uczynić swoją egzystencję znaczącą.

Czy mogłaby Pani opowiedzieć więcej o symbolicznej wartości architektury? Może na przykładzie realizacji z Państwa pracowni.

Mamy na przykład zrealizowany pomnik papieski. Zwróciła się do nas spółdzielnia warszawska, współpracująca z parafią na Powiślu, chcąc upamiętnić mszę, która podczas jednej z wizyt papieskich odbyła się na Agrykoli. Zgodziłam się, ale pod warunkiem, że będę mogła projekt rozszerzyć o miejsce świeckiego sacrum. Zależało mi na wytworzeniu miejsca duchowego, wykraczającego trochę poza samą kwestię religijną. I to się udało! Powstała, jak ją nazywamy Pamiątka papieska, stoi u podnóża Zamku Ujazdowskiego. Oficjalnie nosi tytuł Popiół i diament, bo chcieliśmy podkreślić, że Karol Wojtyła był nie tylko papieżem, duchowym przywódcą dla katolików, ale również dramatopisarzem, poetą i wysokiej klasy intelektualistą. To wielopłaszczyznowy obelisk, w który jest włożony kryształ. Jeżeli natomiast chodzi o większą skalę, to wskazałbym tu wszystkie budynki, które niosły duchowe przesłanie, ale głównie Narodowe Forum Muzyki. Przy tym projekcie ta warstwa symboliczna miała dla nas ogromne znaczenie. Od początku było dla nas ważne, że przebywanie i doświadczanie takiego obiektu musi być świętem. Ten nastrój święta potrzebny jest, żeby docenić to, że się ma przed sobą grających artystów, którzy grają specjalnie dla mnie. No więc zaprojektowaliśmy ten budynek jak scenę dla ruchu widzów. Ludzie, którzy do niego wchodzą, muszą już „wskakiwać„ w choreografię, w rytm, na którym opiera się muzyka. Stąd te schody w dół, czy wielka odbijająca ściana. Posłużyliśmy się także nawiązaniami do instrumentów, ale to już jest opowieść zamykająca historię. Odniesienia do budowy instrumentów smyczkowych, czy do fortepianu – to elementy do odczytania na kolejnym poziomie, bardziej oczywiste. Uważam, że przesłanie budynków trzeba stopniować i różne jego elementy adresować do ludzi, którzy różnie rozumieją świat, w końcu nie wszyscy są intelektualistami. Część odniesień i symboli odczytywana jest intuicyjnie. Jeśli ktoś schodzi po naszych wielkich schodach, to nawet jeśli sobie nie zdaje z tego sprawy, jakoś w ten rytm wpada.

Chodzi o to, żeby narracja była czytelna na wielu poziomach i dla osób o bardzo różnym przygotowaniu?

Musi być prosta, bo jest wielu ludzi, do których tylko prosty przekaz ma szansę dotrzeć. I to w niczym im nie uwłacza, po prostu są skoncentrowani na czymś innym. Ale z szansy dotarcia do nich nie można rezygnować. Tego właśnie uczę. Gdy architekt wymyśli skomplikowane odniesienia, a potem chodzi obrażony, że nikt się na nich nie poznał, to jest klęska. Trzeba pamiętać o tym, że jest percepcja, czyli to, jak człowiek obiekt odbiera, ale potem jeszcze ewaluacja, która zależy od bardzo wielu rzeczy. Dopiero w wyniku tej oceny mamy do czynienia ze środowiskiem efektywnym, czyli tym, co odbiorca faktycznie zrozumie i poczuje w związku z budynkiem. Gdy to środowisko efektywne jest zgodne z naszymi zamierzeniami, wtedy można odetchnąć i powiedzieć: „No dobra, udało się”.

Udało się już Pani wiele osiągnąć i w nauce, i w architektonicznej praktyce - biuro APA Kuryłowicz & Associates obchodzi właśnie 30-lecie swojego istnienia. Proszę jednak powiedzieć o swoich planach i zawodowych marzeniach.

Chcę napisać książkę. Od dawna marzę o tym, żeby móc usiąść i ją w końcu napisać, ale teraz jestem już właściwie zdeterminowana. Chciałabym wydać swoje wykłady. Spisać w jaki sposób dochodziłam do tego jak uczyć i na czym polega relacja teorii i praktyki. Projektowanie architektoniczne jest procesem twórczym i zespołowym. Wymaga nie tylko wiedzy, inwencji, determinacji w realizacji koncepcji, ale tez przebicia się ze swoim punktem widzenia i sztuki mądrych kompromisów. Miałam szczęście pracować jako projektantka w grupie utalentowanych architektów obu płci, gdzie każdy wnosił wkład w zależności od swoich umiejętności i predyspozycji. Razem stworzyliśmy wiele pięknych realizacji. Używam czasu przeszłego z uwagi na obchodzoną przez nas rocznicę. Ciągle jednak mam nadzieję na dalszy ciąg, choć bieżące okoliczności naszego trzydziestolecia nie są zbyt optymistyczne ze względu na trudną sytuację rynkową i pandemię. Bez takiej praktyki nie rozumiałabym, czym jest teoria architektury i do czego może być przydatna. Teraz czuję się zdolna o tym pisać.

Jest Pani architektem czy architektką?

Specjalnie cały czas używam męskich form, przy architektce i projektantce plącze mi się język. Sadzę, że teraz nie ma już powodu, żeby w języku zaznaczać odrębność i pokazywać, że architektami są nie tylko mężczyźni. Rozumiem, że to poprawność polityczna, może potrzebna dopóki nie wymyślimy formuły, która będzie obejmowała obie płcie. Jeżeli ktoś chce to oczywiście może tak mówić, ale mnie wygodniej używać rodzaju męskiego, i w niczym mi to nie uwłacza.

Czytaj też: Wielofunkcyjny instrument – o NFM we Wrocławiu Jacek Lenart |

Ewa Maria Kuryłowicz, prof. dr hab. inż. architekt, pracownik Zakładu Projektowania i Teorii Architektury WA PW, profesor tytularny od 2014 roku, wiceprezeska i generalna projektantka biura Kuryłowicz & Associates. Przewodnicząca Rady Fundacji im. Stefana Kuryłowicza. Członkini Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN, a także Kapituły Nagrody Naukowej POLITYKI oraz Krajowej Rady Dostępności. Krytyk architektury i autorka książek Projektowanie uniwersalne (1996, 2005), Pasja i Pragmatyzm (2010) oraz licznych artykułów i recenzji, fot. Maciej Zienkiewicz.

NOWY NUMER

[architektura-issue-generator] - Zajawka kup dostęp - górna

Kup dostęp
Architekura - zajawka 05/2020

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum