Wspaniały amalgamat: Aleksandra Wasilkowska

2020-08-27 12:02 Rozmawiała: Agata Twardoch
Aleksandra Wasilkowska
Autor: fot. archiwum Aleksandry Wasilkowskiej Aleksandra Wasilkowska

Interesują mnie strategie łączenia skrajnie odległych od siebie, a mimo to często komplementarnych funkcji i porządków. Odgórnego planu z oddolną energią chaosu. Warszawska architektka i artystka o własnych, innowacyjnych sposobach na miejską przestrzeń.

Agata Twardoch: Na początku muszę się przyznać, że niezwykle trudno było mi się przygotować do rozmowy z Tobą. Masz bardzo szeroki i różnorodny dorobek: architektura, urbanistyka, scenografia, sztuka, ostatnio także wnętrza. Do tego kilka publikacji... Zacznę zatem od początku, od Twoich studiów, a potem będę starała się nie zgubić żadnego z głównych wątków. Kończyłaś architekturę na Wydziale Architektury w Warszawie i w École d’Architecture de Bretagne. Pamiętasz jeszcze czego dotyczył Twój dyplom?

Aleksandra Wasilkowska: W Warszawie robiłam dyplom inżynierski, ale wtedy wyglądał inaczej. Najpierw przygotowywało się kilkugodzinny projekt na uczelni, a potem był uzupełniający egzamin ustny. By go zdać, przyjechałam specjalnie z Francji, gdzie już wtedy studiowałam równolegle i gdzie powstawał projekt dyplomowy.

Twój właściwy dyplom tematyką zapowiadał zainteresowanie miastem i jego dwoistością: konflikt między tym, co przyziemne, cielesne a tym, co wysokie, reprezentacyjne i duchowe. Dotyczył Placu Defilad, prawda?

Tak. To był moment, gdy wszyscy się zastanawiali, jak powinna wyglądać stolica, zaczęły się rozmowy o jej policentrycznym rozwoju. I w środku tego była kwestia Placu Defilad, Pałacu Kultury i znajdującego się w jego cieniu bazaru. Część warszawiaków nie zgadzała się z jego istnieniem. Jego tymczasowość i blaszany urok rzekomo nie przystawał do wizerunku stolicy europejskiej. A jednocześnie 70% deklarowało regularne robienie zakupów w halach KDT.

Pamiętam tę dyskusję. Odbiła się echem po całym kraju.

To był bardzo mocny wątek w czasach polskiego euroremontu. Pałac Kultury i otaczający go bazar, a także Jarmark Europa na Stadionie X-lecia, ogniskowały spór o przyszłość stolicy i pewnego rodzaju wyparcie wstydu po czasach, w których kultura DIY i pomysłowość szarej strefy były ważnym elementem naszej kultury. Dyskutowany był plan miejscowy dla placu i nikt nie myślał o jakże pożytecznym bazarze. Większość dyskusji odbywała się na poziomie symboliki i reprezentacji, a nie praktycznych rozwiązań i po prostu komfortu. Nie wiem, czy pamiętasz ten absurdalny pomysł na koronę wokół Pałacu?

Tak, był taki pomysł, żeby go szczelnie obudować.

Ta dyskusja o fallicznym centrum Warszawy wydawała mi się zupełnie niezrozumiała. Uważałam, że targowisko u stóp Pałacu jest wspaniałym antidotum, połączeniem odgórnego z oddolnym, i wymaga tylko ucywilizowania, znalezienia dla bazaru adekwatnej formy architektonicznej. Ta refleksja splotła się akurat z moim doświadczeniem francuskim, w którym dominowało myślenie o architekturze horyzontalnej i policentrycznej. W latach 70. Francuzi świadomie przeprowadzili proces decentralizacji. Dzięki temu powstały bardzo mocne ośrodki poza Paryżem, silne lokalne centra. Widziałam efekty i miało to sens. Dzięki reformie mieszkańcy wsi mieli bardzo dobry dostęp do edukacji i kultury. W Rennes, w którym studiowałam, było bardzo dużo instytucji kultury i bardzo dobrych teatrów. Zarówno w Paryżu, jak i w innych francuskich miastach, rozwijała się kultura lokalna, a bazary, które pełniły funkcje miejskiej agory, miały swoje ustalone miejsce na najbardziej reprezentacyjnych placach. I myśmy na tych targowiskach spędzali bardzo dużo czasu – nie tylko robiliśmy codzienne zakupy, ale wokół nich kwitło nasze życie towarzyskie. Zrozumiałam, jak ważnym ośrodkiem jest bazar i jak kompletnie anachroniczna jest dyskusja na temat jego likwidacji w Warszawie. Z tego wyszedł pomysł na dyplom i projekt nowej formy bazaru na placu Defilad. Zatytułowałam go dosyć pretensjonalnie Miasto symbiotyczne. Ale w rzeczy samej - już wtedy miałam w głowie tę symbiozę superreprezentacyjnego, fallicznego zamku, którym jest Pałac Kultury…

Rzeczywiście! Z tym renesansowym detalem...

I z podgrodziem. Bo to jest dosłownie zamek i podgrodzie. Czyli właściwie kwintesencja tradycji średniowiecznego miasta. Więc bazar pod pałacem był jak najbardziej uzasadniony. Interesowała mnie ich wzajemna relacja, próbowałam nawet przez chwilę namówić Christiana Kereza, żeby wejście do Muzeum Sztuki Nowoczesnej zaprojektował wewnątrz targowiska. Byłoby to wspaniałe połączenie tego, co powszechnie uważamy za nieczyste i niskie z white boxem i świątynią sztuki. Niestety takie inkluzywne myślenie i łączenie funkcji nie ma zbyt wielu zwolenników. A szkoda, bo bazar z natury jest chyba najbardziej inkluzywną przestrzenią miejską i połączenie go ze sztuką, momentami niedostępną i abstrakcyjną, tworzy wspaniały amalgamat. Pomysł ten zrealizowałam później we Wrocławiu, będąc kuratorką wystawy sztuki w przestrzeni targowiska zatytułowanej Bazaristan. Wystawa i seria dyskusji, wykładów i performansów doprowadziła też do projektu rewitalizacji tego miejsca. Wspólnie z artystami i kupcami stworzyliśmy projekt, w którym rzeźby były elementami pawilonów i wystawek kupieckich, a sztuka mieszała się z codziennością. Na poziomie urbanistyki interesują mnie strategie łączenia skrajnie odległych od siebie, a mimo to często komplementarnych funkcji i porządków. Łączenie odgórnego planu z oddolną energią chaosu.

I bazar jest w pewnym sensie kwintesencją tego dylematu - często powstaje bez udziału architekta, a jednak potrzebuje planu i porządku.

Jest on pewnego rodzaju prototypem miejskości. Od 15 lat drążę ten watek. Wcześnie zostałam matką, mieszkałam w śródmieściu i gdy spod domu zaczęły mi znikać warzywniaki, a centra handlowe omijam szerokim łukiem, nie miałam gdzie robić zakupów. Kwestia bazarów stała się dla mnie kwestią praktyczną. Intelektualna fascynacja samoorganizacją w architekturze i doświadczenie macierzyństwa doprowadziły do tego, że bardzo mocno weszłam w bazary. Po dyplomie to były najpierw projekty artystyczne, głównie związane z przestrzenią publiczną. Później publikacje – książki z cyklu Architektura cienia. Dalej - projekty kuratorsko-artystyczne na bazarach. No i dzisiaj w końcu buduję bazary naprawdę. Wytworzyłam własną niszę i papierowe zaangażowanie udało mi się przekuć w jakiś real.

Między innymi za to bardzo cenię Twoją pracę - za konsekwentnie kontynuowane wątki, które się nawarstwiają i w wyniku tego nawarstwiania osiągają nową jakość. Wspominałaś w swojej książce o strukturze emergentnej. Pojawia się w niej ciekawy prototyp platformy kolaboracyjnej – Em_WWA_1.0, która miała ułatwić oddolno-odgórną współpracę. Książka ukazała się w roku 2009, a od tego czasu możliwości technologiczne bardzo się zmieniły. Może teraz udałoby się stworzyć taką platformę?

To był czysto teoretyczny projekt. Takie „co by było, gdyby?”. Razem z Michałem Piaseckim opracowaliśmy bardzo prosty prototyp planowania strategicznego przy pomocy uczących się od siebie algorytmów, który teoretycznie mógłby zastąpić plany rysowane na papierze. To miała być operacjonalizacja reguł, czyli prawa budowlanego i szczegółowych przepisów miejscowych w czasie rzeczywistym. Zamiast niezmiennych zapisów płaskiego rysunku, określającego pierzeje i stałe wysokości, zaproponowałam urbanistykę addycyjną i ewolucyjną, która umożliwiała bardziej organiczny wzrost tkanki miejskiej. Skoro ze względu na ciągle zmieniające się uwarunkowania nie jesteśmy w stanie opracować ostatecznego planu dla całego Placu Defilad, to należałoby uelastycznić strategię przy zachowaniu nieprzekraczalnych brzegowych warunków. O podobnej metodzie pisał Christopher Alexander i Yona Friedman, a dzisiejsze narzędzia umożliwiają analizowanie bardzo złożonych parametrów w krótkim czasie. Zagospodarowanie Placu Defilad oraz budowa MSN i TR Warszawa to właściwe ten przypadek – jeszcze nie zakończyły się prace przy budowie muzeum, ale po drodze wystąpiło tyle zmiennych – na przykład pandemia i kryzys budżetowy – że już być może projekty nie przystają do rzeczywistości. I to jest wyzwanie na przyszłość – jak plany miejscowe i budynki mogą ewoluować i dostosowywać się do zmiennej rzeczywistości. Zwolennicy Nowego Urbanizmu sięgali po narzędzia programowania, ale wciąż algorytmiczna optymalizacja, modelowanie agentowe czy analiza śladu wirtualnego pozostają bardziej w rękach inżynierów ruchu, policji czy straży miejskiej niż urbanistów.

Co więcej, przez silne konotacje z postmodernizmem Nowy Urbanizm zdążył się zdewaluować zanim do końca pokazał na co go stać.

Gdy zaczęłam odkrywać Nowy Urbanizm, trafiłam na profesora Michaela Betty, który na UCL prowadzi bardzo ciekawe badania z zakresu modelowania agentowego. Na przykład, używając narzędzi parametrycznych, bada jak ludzie poruszają się w przestrzeni i jakiego rodzaju decyzje podejmują w zależności od tego, jaką architekturę widzą wokół siebie. Jego strategie optymalizacyjne były używane między innymi w Londynie do zarządzania ruchem podczas tłumnych festiwali. Wskazywał, jak przygotować festiwal w Camden Town, gdy przez tydzień dzielnica będzie sparaliżowana tłokiem turystów: gdzie ustawiać bramki, które wejścia do metra zamykać, żeby tłum w razie paniki mógł się bezpiecznie ewakuować, gdzie są miejsca newralgiczne i trzeba postawić więcej policji. Betty używa narzędzi tzw. complex science do analizy niezwykle złożonych systemów danych. W ten sposób analizuje też struktury budynków m.in. British Museum. To ciekawe narzędzia dla architektów i urbanistów, tylko mamy do nich bardzo ograniczony dostęp.

Czy kiedykolwiek próbowałaś wykorzystywać projektowanie algorytmiczne przy projektowaniu budynków?

Przy pomocy kodu zaprojektowałam wspólnie z Michałem Piaseckim między innymi pawilon wystawowy Assembling in Public w Chelsea College of Art w Londynie. W zamyśle kuratorów miał być czymś w rodzaju samoorganizującego się bazaru idei. Wszystkim zaangażowanym artystom wysłaliśmy proste w obsłudze interfejsy, przy pomocy których mieli wyznaczać wymagania i lokalizacje swoich prac, a wtedy napisany przez nas program automatycznie kształtował złożoną formę całej struktury budynku, która odzwierciedlała setki wyborów przyszłych użytkowników. Później kilkukrotnie używałam kodowania do projektowania budynków, ale po pewnym czasie dotarłam do ograniczeń choćby formalnych. Wszystkie struktury były do siebie bardzo podobne i powtarzalne, zaczęła mnie drażnić ta generatywna estetyka rodem z Minecrafta. Nie było w niej miejsca na „chropowatość", na przykład płaskorzeźby. Wyraźnie brakowało mi ręcznego i rzemieślniczego touchu. I zaczęłam od tego odchodzić, bo zauważyłam, że wszystkie moje projekty, w których używam tych narzędzi, zaczynają być do siebie podobne. Że ta forma generatywna nagle staje się w pewien sposób totalitarna i mało interesująca. Że o ile sama metoda tworzy logiczne struktury i ułatwia techniczne ustawianie czy optymalizację funkcji, to jednak później zamyka się w zbyt powtarzalnej formie. Po tym doświadczeniu zaczęłam inaczej prototypować przestrzeń i teraz, projektując bazary, już tych narzędzi nie używam. Ale nie wykluczone, że będę do nich wracać przy okazji VR'owych projektów.

Opowiedz o którymś swoim projekcie targowiska. Jak będą wyglądać bazary przyszłości, przynajmniej tej najbliższej?

Kończę właśnie projekt dla bazaru Bakalarska, który jest pięknym bękartem po Stadionie X-lecia. To teren naprzeciwko urzędu dzielnicy Włochy, który został wydzierżawiony kupcom na przeniesienie szczęk po zamknięciu Jarmarku Europa. Cztery lata temu zgłosili się do mnie zarządcy tego targowiska, żebym pomogła im je ucywilizować i dostosować do oczekiwań mieszkańców i urzędników. Do tej pory przestrzeń była cały czas zagospodarowana tymczasowo i chaotycznie, aż mieszkańcy zaczęli walczyć o usunięcie bazaru. Aby zapobiec kolejnej eksmisji, kupcy zwrócili się do mnie. Bazar Bakalarska to najbardziej kosmopolityczne miejsce w Polsce. Handluje tam 25 narodowości i, gdy tam wchodzisz, czujesz, że jesteś w zupełnie innym, egzotycznym świecie. Przyjmując to zlecenie, musiałam się zastanowić, jaką uruchomić strategię dla łączenia odgórnego z oddolnym oraz jak nie popsuć tego miejsca zbyt silnym porządkowaniem, bo urok bazarów tkwi przede wszystkich w ich nieformalnym charakterze. Mimo że byłam zaproszona przez przedstawicieli kupców, jednak reprezentowałam i narzucałam formę. Modernizacja istniejących targowisk to operacja na żywym organizmie i to pełnym sprzeczności. Nie mamy do czynienia z pustą działką, tylko z miejscem, gdzie codziennie pracuje ok. 1000 osób. Ponieważ nie mogliśmy zamknąć targowiska, przyjęliśmy strategię pączkowania, która pozwoliła nam operować na jego kawałkach. Zaczęliśmy prace od czegoś, co wzbudzało największe kontrowersje, czyli od frontu – od bud i plandek, które były wzdłuż ulicy i najbardziej drażniły mieszkańców. Udało nam się zbudować coś, co jest leżącym wieżowcem. W wyniku połączenia wielu pawilonów, hal i mniejszych kontenerów powstała 180-metrowa elewacja, która z jednej strony odzwierciedla różnorodność tego, co kryje, a z drugiej jest uporządkowaną maską zwróconą w stronę miasta. W przebiegu prac stragany były przesuwane i rozsuwane zgodnie z postępem budowy. Sukcesywnie doklejaliśmy kolejne pawilony. I to doklejanie także odzwierciedla elewacja, która przyjęła postać połączonych ze sobą, „skaczących" elewacji. Ta forma jest z jednej strony kwestią praktyczną, a z drugiej wynikiem inspiracji architekturą Hanoi – na Bakalarskiej handluje bardzo dużo Wietnamczyków. Biała rozedrgana ściana została pomyślana jako pewnego rodzaju blejtram. Wiedziałam, że na elewacji prędzej czy później pojawią się różnorodne reklamy i siłą rzeczy wkradnie się tam oddolny chaos, więc zaprojektowałam ciągnący się przez nią całą, na wysokości trzech metrów, daszek – taką linię demarkacyjną, która odzieli oddolne od odgórnego. Powyżej daszku jest czysta, biała elewacja, na której reklamy mogą powstać tylko i wyłącznie przy mojej akceptacji. Przestrzeń poniżej jest zawłaszczona przez kupców i każdy rozwiesza tam, co chce. Samo negocjowanie z kupcami formy neonów zajęło bardzo dużo czasu. Nie mogli zrozumieć, dlaczego powieszenie metrowej plandeki z wydrukiem jest zgrzytem. Budynek, który powstał na Bakalarskiej, jest bardziej wynikiem pewnej negocjacji i kompromisu niż autorskiej formy. Ciekawą anegdotą jest fakt, że w pewnym momencie procesu musiałam zmienić wszystkie wysokości attyk, tak aby ich wymiar zawsze kończył się cyfrą 8 lub 9. W Azji cyfra 2 lub 4 przynosi pecha i jest utożsamiana ze śmiercią. Nie mogła się więc pojawiać w dokumentacji budowlanej. A do tego dochodzą jeszcze kwestie finansowe. Wszystko musiało być ekstremalnie tanie, bo za budowę płacili sami kupcy, a nie miasto, wybrano też najtańszego wykonawcę. Niedaleko jest zaprojektowany przez JEMS-ów Zieleniak, który kosztował 60 mln, a my tę samą powierzchnię musieliśmy zbudować za 5 mln. Dziesięciokrotnie mniejszy budżet za tę samą powierzchnię! Okna są więc kupione w Castoramie, materiał elewacyjny to blacha falista, wszystkie rozwiązania są mało wysublimowane i tanie. Bardzo lubię blachę falistą i jestem ciekawa, jak wkrótce zarośnie oddolnym chaosem. Ten projekt jest dla mnie bardzo wartościowy społecznie, bo udało nam się obronić bazar i mam nadzieję, że na trwale wpisze się w mapę dzielnicy.

Czy czujesz, że zdobyłaś jakąś specjalną wiedzę? Że masz lepszy wgląd w to coś, co sprawia, że targowisko będzie wygodne i dla kupców, i dla klientów?

Tak, wydaje mi się, że wiem wszystko na temat wystawek, logiki zadaszeń i alejek. Przede wszystkim rozumiem, jak działa pojedynczy kupiec w tej strukturze. Jednak każde targowisko skrywa inną logikę, którą za każdym razem trzeba odkryć. I tak na przykład na Bakalarskiej stragany przy samym wejściu, nie stanowią najbardziej pożądanej przez kupców przestrzeni. Większą wartość mają te w głębi. Na takim dużym targowisku ludzie nie kupują od razu przy wejściu, chcą porównać, jakie są ceny w innych miejscach. Zupełnie inaczej funkcjonują małe targowiska przy przystankach. Tam kupcy biją się o miejsca przy wejściu, bo tu zakupy robi się spontanicznie i przy okazji. Poznałam wiele takich zależności, które składają się na logikę bazaru, że mogłabym na ten temat napisać doktorat. Zresztą o części rzeczy pisałam już w Architekturze cienia. I okazało się, że dzięki tym książkom udało mi się stworzyć pewną niszę. Zgłaszają się do mnie kupcy, jak na Bakalarskiej, ale też urzędy. Kolejny bazar buduję w Białej Podlaskiej i w Błoniach pod Warszawą, projektuję też dzielnicę wokół Bazaru Różyckiego. W kolejnych projektach staram się poszerzyć koncepcję targowiska jako przestrzeni spotkań. W Błoniach na przykład oprócz straganów jest mikrodom kultury, park, ogród zabaw i ogrody deszczowe. Projektowana przestrzeń jest czymś więcej niż tylko targowiskiem – znajdzie się tam miejsce do spędzania wolnego czasu. Interesuje mnie poszerzanie funkcji bazaru, wprowadzanie tam zaskakujących nowych propozycji. Chcę, żeby bazary były miejską perłą, a nie tylko niechcianym tworem do sprzątania i ukrywania.

Ten sam mechanizm - nadawanie nowego wyrazu rzeczom, których się normalnie wstydzimy - jest widoczny także w Twoich pracach poświęconych toaletom publicznym. Na ich temat także napisałaś książkę i robiłaś wystawy…

To też jest temat, który wyszedł z mojego prywatnego doświadczenia. Znowu, jako młoda matka, chodziłam po mieście i miałam wielkie problemy ze znalezieniem toalety. To był początek lat 2000 i już nie było szaletów miejskich. MPWiK się wszystkich pozbył, powstały w nich bary i restauracje. I gdy spacerowałam z dzieckiem… sikaliśmy na trawę. To było naprawdę dojmujące! Nie rozumiałam, jak można uprawiać taką dulską politykę! Wtedy zaczęłam badać, jak wygląda polityka sanitacyjna i strategie artystyczne na świecie, i wydałam na ten temat książkę. Trzeci tom Architektury cienia jest o szaletach. Na przykład, czy wiesz, że kobieta spędza w toalecie średnio trzy minuty, a mężczyzna tylko minutę? Toalet damskich powinno być trzy razy więcej! I nie wynika to z tego, że spędzamy tyle czasu przed lustrem, tylko z tego, że kobiecie dużo dłużej zajmuje rozebranie się. A zapisy naszego prawa budowlanego wskazują, że oczek dla mężczyzn jest więcej. To jest totalnie nierozsądne i dyskryminujące. Także piktogramy i podział na toaletę męską i żeńską jest anachronizmem, brakuje też toalet dostosowanych do potrzeb dzieci.

No i ten dylemat, gdy tata z córką musi pójść do toalety…

Badając sprawę toalet, natknęłam się na ciekawe rozwiązania. W Kanadzie otwarto stadion, na którym odbywają się nie tylko mecze, ale także różne konferencje. Pomiędzy toaletami jest ruchoma ściana, ustawiana zależnie od profilu wydarzenia. Gdy jest mecz, i większość gości to mężczyźni, zostawia się więcej oczek po stronie męskiej. Gdy odbywa się zjazd pielęgniarek, na którym jest więcej kobiet, ściana ustawiana jest tak, by więcej oczek było w toalecie damskiej. Sama często pracuję jako artystka i funkcjonuję w instytucjach kultury. Nazywając coś instalacją, mogę zaprojektować toaletę nie dostosowując jej do anachronicznych przepisów. Oczywiście, z zachowaniem rozsądku i bezpieczeństwa, ale mogę na przykład dać więcej oczek żeńskich lub w ogóle skasować podział na płeć. To coś, czego sanepid nigdy by normalnie nie zaakceptował. Przy okazji tzw. Toalety Warszawskiej, która powstała w 30 lokalizacjach, długo walczyłam, żeby piktogramem było serduszko, które funkcjonuje jako znak toalety nie tylko w polskich sławojkach, ale również w wielu różnych kulturach na całym świecie. Ten znak jest bardziej uniwersalny i inkluzywny niż rząd ludzików. Długo walczyłam też o przewijak w środku – urzędnicy i wykonawca śmiali się, że to będzie najlepsze miejsce do uprawiania seksu w stolicy… Próbowałam też walczyć, żeby te toalety były bezpłatne. To się niestety nie udało – są na złotówkę, niby po to, żeby nie stały się noclegownią. Co jak dla mnie jest w porządku, ale to już temat na inną dyskusję.

Ciekawie jest, jak od rozważań teoretycznych - od książki, poprzez działania artystyczne - wystawę w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, przechodzisz do projektowej praktyki, w tym przypadku projektu warszawskich szaletów.

Od samego początku chciałam w jakimś stopniu kwestionować i zmieniać reguły, które uważałam za niesprawiedliwe. Nie chciałam zredukować się do roli zawodu usługowego. Zaczynając od pracy w kontekście sztuki, wystaw i teatru, zarabiałam przy małych projektach jako scenografka i artystka. Mogłam sobie pozwolić na małe eksperymenty, czekając na interesujące, większe zamówienia. Po drodze drążyłam też ważne dla mnie problemy, publikując książki lub robiąc wystawy. Zdaję sobie sprawę, że taka droga może rozmywa mnie jako profesjonalistkę i, być może, jest dłuższa, mniej spektakularna, ale wynika z mojego charakteru. Lubię adrenalinę, którą daje mi robienie czegoś po raz pierwszy. Wydaje mi się też, że kobietom, które decydują się na własną pracownię jest podwójnie trudno, bo często koło 30-tki, czyli w momencie zdobywania uprawnień, zakładają rodziny i poświęcają się dzieciom, nie wracając w pełni do zawodu. To są często stracone talenty. W rozmowach z koleżankami często też słyszę historię o profesorach, którzy podkopali ich wiarę w siebie. Teraz jestem już w wieku średnim i to dużo ułatwia, w profesjonalnych rozmowach stałam się partnerką. Gdy miałam te dwadzieścia parę lat, zazwyczaj nie traktowano mnie poważnie. Pamiętam, że gdy pojawiałam się na biznesowych spotkaniach ze swoim asystentem, to – mimo że był znacznie ode mnie młodszy i bez doświadczenia – na początku spotkania do niego kierowano pytania. On jeszcze nawet nie ukończył studiów, a ja byłam architektką z uprawnieniami a jednak – jako mężczyzna – wzbudzał większe zaufanie. W polskim społeczeństwie kobiety cały czas są postrzegane jako nie-szefowie.

Mnie się wydaje, że to jest szczególnie widoczne w pracy z urzędami. Nadal najczęściej istnieje w nich taka struktura, że cały niższy i średni szczebel urzędniczy, to kobiety, a prezydentami i szefami wydziałów są mężczyźni. W tym układzie architektki rzeczywiście są traktowane mniej poważnie.

Ale prywatni deweloperzy myślą w ten sam sposób! Na wysokim poziomie dealu i biznesu, też funkcjonują głównie faceci i oni chcą mieć za partnerów mężczyzn. Kobiety na wysokim szczeblu to rzadkość i niestety zdarza się, że ulegają zjawisku, które feminizm określa jako efekt królowej pszczół. Więc to jest duży problem. Natomiast można z nim walczyć systemowo. Połowa moich francuskich koleżanek z roku ma swoje pracownie, ale właśnie dlatego, że od początku były wspierane systemowo. We Francji co roku publikowany jest Album Młodych Architektów, do którego absolwenci uczelni wysyłają swoje portfolio. Album jest wysyłany do gmin, a te mają obowiązek do każdego organizowanego przetargu kogoś z niego zaprosić. Dzięki temu bardzo szybko, zaraz po studiach, masz dostęp do klientów i do ciekawych zleceń. W Polsce, nawet gdy organizowane są konkursy, to po pierwsze, żeby w nich startować, często trzeba mieć już coś dużego zbudowanego, po drugie są tak pracochłonne, że małych, młodych biur po prostu nie stać na udział. Duży konkurs może pracownię kosztować kilkadziesiąt tysięcy i jest to olbrzymia bariera dla zdolnych młodych architektów. Jest też bardzo duża bariera uprawnień, wciąż funkcjonuje system czeladniczy. We Francji uprawnienia zdobywasz już po odbyciu półrocznego stażu. Dzięki nim praktycznie od razu mogłam projektować pod własnym szyldem, a w początkowej, trudnej fazie miałam zaplecze finansowe z prac artystycznych, wystaw i scenografii. Nigdy nie musiałam iść na kompromis i projektować budynków i PUM-ów, wobec których czułabym światopoglądowy dysonans.

Masz bardzo różnorodne portfolio, znalazłaś też swoją niszę – czy są jeszcze jakieś rzeczy, które chciałabyś robić, a do tej pory nie miałaś okazji?

Zaczynamy w pracowni pierwsze duże projekty mieszkaniówki. Zawsze chciałam projektować architekturę mieszkaniową i dopiero teraz jest taka możliwość. Przygotowuję też czwarty tom Architektury cienia. Po handlu ulicznym, bazarach i toaletach, badam cmentarze i architekturę funeralną. Jako ateistkę bardzo interesuje mnie rytuał laickiego pochówku w różnych kulturach i jego związek z planowaniem miasta i cielesnością. We wszystkich przejawach miejskiego życia interesują mnie przede wszystkim hybrydy, czyli połączenia skrajnie różnych funkcji oraz samoorganizacja, czyli wyłanianie się tych funkcji oddolnie, bez planu. Ciekawym przykładem są cmentarze w Kambodży czy na Filipinach, gdzie osiedlają się rodziny, których nie stać na własne mieszkanie. Z jednej strony jest to smutny przykład nierozwiązanego problemu biedy, z drugiej ciekawe połączenie i przełamanie pewnego tabu związanego ze śmiercią. Planowanie cmentarzy wymaga coraz bardziej progresywnych rozwiązań. Miasta są coraz częściej różnorodne etnicznie, a dziś w Warszawie nie ma wielokulturowych cmentarzy, np. wietnamskich czy ukraińskich. Groby nie są też połączone z cyfrową chmurą, choć to w chmurze zostaje silny ślad po nas wszystkich. Ostatnio Krzysiek Garbaczewski wciągnął mnie w swoje działania w Dream Adoption Society w wirtualnej rzeczywistości. Na Praskim Quadrennale pokazywaliśmy projekt wirtualnego miasta, którego hybrydalna natura jest pewnego rodzaju manifestem mojego myślenia o mieście przyszłości. Tak jak kiedyś na placu Defilad, mieszają się w nim skrajnie różne porządki, np. siedziba władzy jest jednocześnie sortownią śmieci, świątynia jest szaletem publicznym, a cmentarz mieszkaniówką. Przejście w VR przez to nieco prowokacyjne zestawienie miejskich porządków niesamowicie uruchamia utopijną wyobraźnię. Bycie w tej przestrzeni dostarcza też pewnego rodzaju mistycznych uniesień, stąd myślę o stworzeniu czegoś w rodzaju wirtualnej laickiej mszy i nowego rytuału, który mógłby stać się propozycją laickiego pochówku na wirtualnym cmentarzu. Interesuje mnie bardzo architektura jako miejsce spotkania i nowej duchowości.

Na sam koniec, moje tradycyjne pytanie: jesteś architektem czy architektką?

Tką! Architektką, absolutnie 200%. Choć na pieczątce z uprawnieniami wciąż oficjalnie jestem mężczyzną, świadomość języka wyraźnie ewoluuje – gdy nazwałam się architektką w pierwszym wywiadzie 15 lat temu, to komentarze były bardzo nieprzychylne: Wiedźma, wariatka, język sobie można połamać. O dziwo, kariatydą tego patriarchalnego języka bywają kobiety, które krytykują feminatywy jako zbędne fanaberie, uważając, że dobra architektka jest po prostu architektem, albo „panią architekt”. Dla mnie jest to absurd, skoro w innych zawodach już od dawna żeńskie końcówki są na porządku dziennym. Przy okazji dyskusji nad książką Gdzie są architektki? Despiny Stratigatos dowiedziałam się, że Wikipedia regularnie odmawia publikowania biografii kobiet, nawet w przypadku duetów architektonicznych wybiera często tylko nazwisko architekta, pomijając architektkę. Mojej córce czytam więc Pippi Pończoszankę, a w przyszłości na pewno podsunę biografię Skłodowskiej, z nadzieją, że zbuduje w sobie takie silne kobiece cechy, jak odwaga i niezależność.

Aleksandra Wasilkowska, architektka, artystka i scenografka. Od 2007 roku prowadzi w Warszawie pracownię architektoniczną, równolegle publikując książki (m.in seria Architektura Cienia), tworząc wystawy, instalacje i scenografie. Będąc wiceprezeską OW SARP, współtworzyła strategię Warszawskich Centrów Lokalnych. W 2010 roku wraz z Agnieszką Kurant reprezentowała Polskę na XII Międzynarodowym Biennale Architektury w Wenecji, fot. archiwum Aleksandry Wasilkowskiej

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum