Płaszczyzna porozumienia: Marta Sękulska-Wrońska

2020-05-27 16:12 Rozmawiała: Agata Twardoch
Marta Sękulska-Wrońska
Autor: fot. archiwum WXCA 1 | Marta Sękulska-Wrońska

Dzięki temu, że kobiety są teraz bardziej widoczne, łatwiejsze staje się znalezienie płaszczyzny porozumienia – zarówno na budowie, jak i w debacie publicznej. Ważne, żeby przy tym pamiętać, że się różnimy. W pracowni mamy inwestorów, którym lepiej się rozmawia ze mną i takich, którym lepiej rozmawia się z mężczyznami – nie widzę w tym problemu. Prezes warszawskiego oddziału SARP i partnerka w biurze WXCA o swojej drodze architektki.

Agata Twardoch: Chciałam porozmawiać o twojej pracy jako architetki i ogólnie o projektach oraz prowadzeniu własnej firmy. Studiowałaś na Politechnice Warszawskiej, prawda?

Marta Sękulska-Wrońska: Tak. Studia kończyłam w 2008 roku.

Jak wspominasz studia na Politechnice w tamtym czasie?

Fantastyczny kierunek. Gdy zdawałam na architekturę, moi rodzice byli przerażeni, bo były wtedy około 33 osoby na jedno miejsce, a ja nie złożyłam papierów nigdzie indziej. Bo się przecież dostanę! No i dostałam się, ale na studia wieczorowe. Byłam chyba druga pod kreską. Popłakałam się, ale później okazało się, że to dar od losu! Trafiłam na świetnych prowadzących i do świetnej grupy. To było bezcenne, bo żadne liceum ani żadna szkoła rysunku nie przygotowują do studiowania architektury. Trzeba kompletnie zmienić myślenie. Ten pierwszy rok bardzo dużo mi dał. W międzyczasie zdałam egzaminy drugi raz i przeniosłam się na studia dzienne. Potem miałam różne kryzysy, również kryzys autorytetów na uczelni, i bardzo wcześnie zaczęłam pracować zawodowo. Już na czwartym roku. Zresztą to chyba były takie czasy. Połowa mojego roku pracowała w biurach, które projektowały stadiony na EURO 2012. Naprawdę mam takie wspomnienia, że kto tylko chciał mieć pracę, ten ją zdobywał. Wszystko zależało od nas. Byłam pierwszym rocznikiem, któremu przedłużono studia z pięciu lat do sześciu i wprowadzono obowiązkowy podział na dwa stopnie. Na czwartym roku nagle się dowiedzieliśmy, że jesteśmy na studiach inżynierskich, a nie magisterskich, i że musimy zdać egzamin inżynierski. i jeszcze raz dostać się na studia. Do tego na magisterskich miało być mniej miejsc. Wiele osób się zniechęciło. Nie wszyscy podeszli wtedy do egzaminu, mieli już pracę, a to był jednak dodatkowy dyplom do zrobienia. W sumie wyszło mi to na dobre. Przez to, że miałam do przygotowania dwa dyplomy, do magisterskiego podeszłam już całkiem inaczej, bez strachu, jak do czegoś co po prostu trzeba zrobić. Ale pozwoliłam sobie dzięki temu też na pewien rozmach. To była właściwie sprawa bez precedensu – postanowiliśmy zrobić potrójny dyplom.

W trzy osoby - jeden dyplom?

Tak. Chcieliśmy, żeby praca nad dyplomem dawała nam frajdę, napisaliśmy pismo do dziekana, dostaliśmy zielone światło. Zrobiliśmy wspólny masterplan, którego broniliśmy razem, a do tego każdy opracował swój własny projekt architektoniczny. Ja zaprojektowałam budynek wysokościowy.

Ciekawy pomysł. Byliście zadowoleni z efektu?

Tak. Poza tym sama praca to była przyjemność. Spotykaliśmy się w jednym z domów, rozstawialiśmy komputery. Pamiętam, że pracowałam nawet na desce do prasowania. Świetny czas! Obrona była bezprecedensowa i przyciągnęła wiele osób.

Pracowałaś jeszcze na studiach, a kiedy zaczęłaś prowadzić swoją działalność? Zaraz po ich ukończeniu?

Na studiach pracowałam przez chwilę w niewielkiej polsko-brytyjskiej firmie, ale później trochę chorowałam. Gdy się w coś angażuję, to całą sobą i prawdopodobnie równoczesne pracowanie, studiowanie i niedosypianie dało mi się we znaki. W tej chorobowej przerwie pojawiła się nowa propozycja, nowy pomysł. Rozpoczęłam współpracę z kolegą, który prowadził swoją działalność gospodarczą i to on mnie nauczył biznesu architektonicznego. Nie miałam regulowanych godzin pracy, ale byłam odpowiedzialna za efekt. Oczywiście, ambitnie ze wszystkiego się wywiązywałam. W tym czasie też otrzymałam pierwsze pozwolenie na budowę, na dom jednorodzinny. Bardzo mnie to ucieszyło, po odbiór przyszłam do urzędu z czekoladkami.

Niedługo potem przeniosłaś się do WXCA. Jak się tam znalazłaś?

Zaraz po obronie dyplomu założyłam swoją pracownię, zatrudniłam do pomocy koleżankę, później kolejną. Pracownia nazywała się SMLXL platforma architektury. Wszyscy mieli problem z tą nazwą, a ja byłam nią zachwycona, bo to przecież oczywiste odwołanie do tytułu książki architektów z OMA. Wyobrażałam sobie wtedy, że robiąc najpierw małe projekty – domów, wnętrz, jakieś malutkie biurowce, zacznę z czasem przygotowywać coraz większe. Jednocześnie poszukiwałam „nowoczesnej” formuły pracowni jako platformy twórców. Znałam się już i przyjaźniłam ze Szczepanem Wrońskim. Szczepan z Wojtkiem Conderem równolegle rozkręcali WXCA, więc jak było trzeba, pomagaliśmy sobie. Dostałam kiedyś większe zlecenie na projekt salonu samochodowego, obawiałam się trochę tego zadania, a zatem, jako kolegów z większym doświadczeniem, zaprosiłam ich do współpracy. Wtedy się ona zacieśniła, dużo czasu spędzaliśmy razem w biurze, a właściwie w mieszkaniu. No i kiedy panowie wygrali wielki konkurs na Muzeum Wojska Polskiego, to dla wszystkich było jasne, że każda para rąk jest potrzebna. Taka szansa pojawia się raz w życiu!

Co wniosłaś do tej współpracy?

Połączyliśmy nasze biznesowe doświadczenia. Wspólnie uczestniczyliśmy w negocjacjach. A nie było łatwo. Na przykład nie od razu podpisaliśmy umowę. Myśleliśmy, że skoro wygraliśmy konkurs, to trzeba zainwestować w oprogramowanie, stworzyć duży zespół. Zdecydowaliśmy też, że skoro to taki duży projekt, nie zrobimy go w AutoCAD-zie. Przeszliśmy na Revita, choć zupełnie nie znaliśmy tego programu. Wystąpiliśmy z wnioskiem o dofinansowanie od razu na 10 stanowisk… Do tego przez cały czas nie braliśmy innych zleceń, bo przecież zaraz będzie do zrobienia megaprojekt. Taka sytuacja trwała rok. Na szczęście Szczepan w końcu tę umowę uroczyście podpisał. Teraz już wiemy, że wygrana w konkursie publicznym nie oznacza natychmiastowej umowy, że trzeba cały czas coś robić i mieć różne projekty.

Nie było ci żal porzucać własnej działalności?

Po dwóch latach zobaczyłam, że jeszcze dużo muszę się nauczyć. Biuro otworzyłam z taką młodzieńczą werwą, z przekonaniem, że „mogę wszystko”. I rzeczywiście bardzo dużo mi się udawało – firma prosperowała, byli klienci. Za sprawą Szczepana zrozumiałam, że może szkoda, że zaczęłam od własnej działalności, a nie poszłam do dużej pracowni, gdzie mogłabym się jeszcze kształcić. Pomyślałam, że przy takim dużym realizacyjnym temacie mogę się wiele nauczyć. Zadziałała wrodzona ambicja. Swoją firmę z klientami zostawiłam koleżance, która była ze mną od początku, choć szyld zniknął wraz z zamknięciem mojej działalności gospodarczej. Było mi żal, gdy się wyprowadzałam z biura, gdzie byłam „panią na włościach”, ale czułam, że wchodzę w nowy rozdział. Architektura jest dziedziną, w której cały czas się trzeba uczyć, nie można osiąść na laurach. Nigdy nie były dla mnie pierwszą motywacją pieniądze, choć zawsze oczekiwałam szacunku do mojej pracy i umiałam rozmawiać otwarcie o wynagrodzeniu. Motywacją jest robienie czegoś dającego satysfakcję.

Wygląda na to, że to była dobra decyzja. Już w 2011 roku projekt Muzeum Pamięci w Palmirach zdobył European Property Award, a potem, w 2013 roku, okazał się waszą pierwszą nominacją do nagrody Miesa van der Rohe. To duże wyróżnienie!

Była to dla nas ogromna radość – taka niskobudżetowa realizacja, a jednak została dostrzeżona. W to przedsięwzięcie najbardziej byli zaangażowani Szczepan z Wojtkiem, równolegle z pracami nad projektem Muzeum Wojska Polskiego. Ja uczestniczyłam tylko w ostatniej fazie. Podstawą pracy w WXCA jest wspólne tworzenie projektów, działanie zespołowe, w tym odnalazłam część „platformy architektury”, o jakiej pierwotnie myślałam. Projekty powstają w wyniku rozmów, dialogu, na koniec trudno wskazać autorów – kto którą kreskę postawił, czy kto zainspirował do której. Inspirujemy się wzajemnie.

Przy drugim projekcie, który był nominowany do nagrody Miesa van der Rohe – Europejskim Centrum Edukacji Geologicznej, jesteś już wymieniona też jako współautorka.

Tak, w tę realizację byłam już bardziej zaangażowana. Natomiast właśnie przez fakt, że nasze projekty współtworzymy, tu koncepcja konkursowa też powstawała w toku rozmów. Zbieraliśmy pomysły, koledzy robili makiety, rysunki, potem nad nimi dyskutowaliśmy. Ten projekt jest dziełem wspólnym. W jego opisie jest bardzo wielu współautorów.

Gdy przyglądam się obu waszym nominacjom, wydaje mi się, że bardzo dużo je łączy. Oba projekty są takie „spokojne” i perfekcyjnie wpisane w kontekst. Czy są jeszcze jakieś wspólne elementy?

Wiele osób nam mówi, że nasze projekty mają wspólną linię, choć nie do końca sami to zauważamy. Ale bardzo nas to cieszy. To jest, wydaje mi się, właśnie ten duch zespołu, który udało nam się zbudować. Zespół dość szybko urósł, w okresie prac nad Centrum liczył już około 15 osób. Podobni sobie ludzie się przyciągają. Prowadzimy szczególną rekrutację. Gdy przeglądamy ze Szczepanem portfolia, często nawet nie czytając CV, zazwyczaj wyłapujemy od razu te same zgłoszenia. Poza tym nasze rozmowy kwalifikacyjne są zawsze bardzo długie. Musimy się cały czas pilnować, żeby nie opowiadać za dużo o tym jacy jesteśmy, kim jesteśmy i jakie mamy zasady w biurze, tylko jednak, żeby słuchać. Mam wrażenie, że za każdym razem chcemy komuś pokazać, że dajemy możliwość projektowania, że to nie jest pracownia, w której narysujemy coś i poprosimy o rozwiązanie tego technicznie. Musimy oczywiście dbać o ciągłość pracy, są osoby odpowiedzialne, które mają kontakt z klientem, ale jeśli przyjdzie do nas stażysta i będzie miał dobry pomysł, zaprezentuje go i zarazi nim zespół, to właśnie doświadczony architekt prowadzący powinien dostrzec w nim potencjał i pomóc go realizować.

Myślisz, że wasza siła w konkursach, których wygrywacie przecież bardzo dużo, bierze się właśnie z tego, że potraficie wykorzystać potencjał młodych pracowników?

Przede wszystkim nigdy nie szukamy pierwszego pomysłu. Zawsze szukamy najlepszego. A właśnie w zespole pomysły można skonfrontować i doskonalić. Nie pozostajemy przy pierwszym, który działa. Wydaje mi się, że nauczyliśmy się słuchać siebie wzajemnie, nauczyliśmy się być zespołem i to przynosi efekty. Wiek raczej nie ma tu znaczenia.

Oprócz muzeów projektujecie także biurowce. Biorąc pod uwagę jak wiele obiektów biurowych powstaje teraz w dużych miastach, problemem zaczyna być ich wykluczająca rola. W skali urbanistycznej zamknięte dla osób z zewnątrz partery oddziałują niekorzystnie na funkcjonowanie miejskich przestrzeni publicznych. Gdy przygotowywałam się do naszej rozmowy, szczególnie spodobała mi się twoja wypowiedź, dotycząca tego, że trzeba zmienić ekskluzywność biurowców na ich inkluzyjność. Czy macie na to jakieś lekarstwo?

Mamy ideę, którą staramy się zarazić naszych inwestorów. Na razie z jedną rzeczą nam się to udało. Temat jest jeszcze poufny, ale mam nadzieję, że za jakiś czas ujrzy światło dzienne. Chodzi o to, żeby biurowiec w mieście nie był warownią, żeby nie stanowił bariery nie do przejścia, wieży nie do zdobycia, tylko żeby stawał się jego integralną częścią. Tradycyjnie zapewniają to usługi w parterach, ale takie rozwiązanie wydaje się niewystarczające. Sądzę, że konieczne jest likwidowanie barier, w ten sposób, żeby miasto żyło cały czas, także po zamknięciu lokali usługowych. My architekturę traktujemy jako jedną z dziedzin interdyscyplinarnego zadania. Staramy się łączyć ją z wiedzą socjologiczną, urbanistyczną, z inżynierią i ogólnie – poszukujemy zawsze tzw. bigger picture. Na każdy z budynków staramy się patrzeć w jakimś sensie z oddali: czy jest to Centrum Geologiczne w Chęcinach, gdzie musieliśmy się dostosować do naturalnego, ale to w końcu kamieniołom, więc jednak przetworzonego krajobrazu; czy też miasto, które zawsze ma swój specyficzny kontekst.

Czy potrafisz powiedzieć, który wasz projekt uważasz za swój ulubiony?

Wszystkie!

Wszyscy tak mówią.

Ale wiesz, że to prawda? Bo i mały projekt domu jednorodzinnego bardzo cieszył, kiedy był realizowany; cały czas zaglądaliśmy przez płot, by zobaczyć, co się dzieje na budowie. I oczywiście olbrzymie muzea, które teraz powstają, też nas niezmiernie cieszą. Jeździmy wzdłuż Wisły i widzimy na Cytadeli pnące się żurawie, których w pewnym momencie było dwanaście. To unaoczniona historia dziesięciu lat pracy, każdej decyzji projektowej. Krew, pot i łzy. Więc to takie pytanie, jakby zapytać rodzica, które dziecko najbardziej kocha…

No tak, znowu klasyczna odpowiedź...

Kiedy naprawdę to tak wygląda. Jak już się podejmujemy czegoś to po to, żeby zrobić to najlepiej jak potrafimy. I zupełnie serio: maleńki pawilon może być tak samo ważny, jak wielkie muzeum, bo włożyliśmy w niego serce.

A czy jest coś, co zawsze chciałaś zaprojektować, a czego jeszcze nie macie w portfolio?

Gdy byłam w liceum, mówiłam, że moim marzeniem jest zaprojektowanie budynku wysokościowego. Powiedziałam o tym nawet na wizji w programie Mariusza Szczygła, poświęconym tematowi kobiet w męskich zawodach, choć wówczas byłam tylko na widowni. Potem jako dyplom stworzyłam budynek, który miał być częścią procesu densyfikacji warszawskiej Pragi. Próbą zmiany ewaluatywnej mapy stolicy. Bo nasz dyplom, którego promotorem był Piotr Trębacz, dotyczył właśnie drugiego życia tej dzielnicy. To było jeszcze przed EURO 2012, ale trwały już przygotowania, i w swojej pracy stawialiśmy tezę, że Stadion Narodowy w tym miejscu może wiele zmienić, być impulsem. Niestety szansa nie została w pełni wykorzystana. Im bardziej jestem świadoma, jak duży wpływ ma architektura na miasto, tym w bardziej zniuansowany sposób podchodzę do kwestii wysokościowców. Wiem już, że nie wszędzie takie budynki zadziałają, ale myślę też, że jednak rozwiązują wiele problemów. Choć nie wiem, czy w obliczu pandemii nie będziemy musieli tego poglądu zweryfikować… W takim wysokim budynku, w dużym zagęszczeniu, może pracować 2000-3000 ludzi. Z drugiej strony uważam, że nie należy ludzi zamykać w małych celach, w małych gabinetach, ale warto tworzyć miejsce dla jak najszerszej wymiany myśli. Zawsze staraliśmy się architekturą stymulować taką wymianę. Widzę w tym głęboki społeczny sens. Poza tym jestem zwolenniczką spiętrzania różnych funkcji w jednym obiekcie. Żeby mógł działać 24/7 i w tym sensie był inkluzywny. Żeby zrobić krok do przodu i nie tylko mówić o multifunkcyjnych dzielnicach, ale właśnie o multifunkcyjnych budynkach. Mam nadzieję, że czasy znowu nam na to pozwolą. Izolacja, to wszystko, co dzieje się w związku z wirusem SARS-CoV-2, to rzecz nienaturalna.

Czyli marzysz o projekcie megastruktury?

Na to wygląda. Jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę próżności – to tak!

Na koniec powiedz, czy jesteś architektem czy architektką?

Architektem, panią architekt, ale też nie przeszkadza mi zupełnie, gdy ktoś mówi o mnie architektka. Tak samo, jak jestem prezesem lub panią prezes Warszawskiego Oddziału SARP.

A nie prezeską?

Nie, ale znowu: zupełnie mi nie przeszkadza, jeśli ktoś mnie tak nazwie. To bez znaczenia, jeżeli tylko obydwie formy są wypowiedziane z szacunkiem.

Czy w twojej zawodowej pracy, w biurze, w kontaktach z inwestorami w kwestiach genderowych cokolwiek cię uwiera?

Czuję się na równi, ale nigdy nie dopuszczałam myśli, że mogłoby być inaczej. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to jest typowa wypowiedź kobiety, która odniosła sukces. Tylko, że ja nie dopuściłam do sytuacji, w której mogłoby być inaczej. Miałam kilka razy, szczególnie na budowie, sytuacje lekceważenia. Ostatnio w Dubaju, ale tam w końcu jest inna kultura. Trwało to tylko chwilę. Zaczęłam mówić, nie dałam się zbić z pantałyku i po chwili już wszyscy słuchali. Ważne, żeby się nie dać. Przypuszczam, że i młodzi mężczyźni mogą mieć z tym problem. Choć może zaklinam rzeczywistość, może ignoruję jakieś znaki... W każdym razie nie dopuściłam, żeby kwestia genderowa stała się dla mnie kiedykolwiek problemem.

Grunt, że twoja metoda działa. Do architektonicznego mainstreamu wchodzi coraz więcej silnych kobiet. Ty jesteś prezesem SARP-u, uczelnie kończy znacznie więcej dziewczyn niż chłopaków, no i nawet Nagrodę Pritzkera w 2020 roku dostały kobiety. Czy myślisz, że może to w jakikolwiek sposób zmienić zawód architekta lub samą architekturę?

My, kobiety, od zawsze byłyśmy w architekturze, być może teraz jest tylko większe społeczne przyzwolenie… Cały czas wnosimy trochę inne wartości niż mężczyźni, być może więcej empatii, zrozumienia, na pewno więcej kultury na budowie. Wydaje mi się, że dzięki temu, że kobiety są teraz bardziej widoczne, łatwiejsze staje się znalezienie płaszczyzny porozumienia – zarówno na budowie, jak i w debacie publicznej. Poza tym, myślę, że zmiana, o której mówisz, już nastała. W moim świecie architektonicznym kobiety są obecne i mają swój głos. Ważne jest, żeby przy tym pamiętać, że się różnimy. W pracowni mamy inwestorów, którym lepiej się rozmawia ze mną i takich, którym lepiej rozmawia się z mężczyznami – nie widzę w tym problemu. To tak samo jak czujemy sympatię do jednej osoby, a do drugiej nie. A jest jednak bardzo istotne, żeby pomiędzy klientem a architektem była więź. Tylko wtedy może powstać coś wyjątkowego – w drodze dialogu. Dialogu, który czasem jest konstruktywną krytyką. Nie próbuję być mężczyzną, jestem dumną mamą i cieszę się, że jestem kobietą, mimo że czasem muszę dokonać trudnego wyboru: jakieś spotkanie, ambitniejszy projekt, czy jednak czas z synkiem.

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum