Społeczna rola architekta

2019-10-24 13:36 Prowadzenie dyskusji: Michał Wiśniewski Zdjęcia: Daniel Rumiancew
Dyskusja w siedzibie redakcji
Autor: Daniel Rumiancew 1 | Dyskusja odbyła się 16 września w siedzibie redakcji „Architektury-murator" w Warszawie

Kim jest architekt w Polsce roku 2019? Na czym polega zmiana, którą przeszedł ten zawód w ostatnich 30 latach? W jakim obszarze swojej działalności architekci odnieśli największy sukces, a w jakim dotkliwą porażkę ? Co mają do zaoferowania społeczeństwu? I co będą robić w przyszłości ? O społecznej roli architekta i postrzeganiu tej profesji dyskutują zaproszeni przez nas architekci i badacze reprezentujący kilka generacji, które miały szansę uczestniczyć w wielkiej przemianie polskiej architektury po roku 1989: Olgierd Roman Dziekoński, Paweł Jaworski, Wojciech Kotecki, Agnieszka Labus, Michał Wiśniewski, Szymon Wojciechowski i Marta Żakowska.

Michał Wiśniewski: Architektura istnieje tylko wtedy, gdy ma swoich użytkowników. Kiedy patrzymy na dane socjologiczne opisujące współczesną Polskę, pokazują one, że jesteśmy świadkami strukturalnych transformacji społecznych. Z jednej strony obserwujemy proces depopulacji małych miast. Z drugiej, widzimy, że do tych dużych, jak Warszawa, Gdańsk, Kraków, napływa coraz więcej mieszkańców, często przenoszących się z małych ośrodków. Mamy wreszcie problem zwiększającej się migracji do naszego kraju, która również widoczna jest przede wszystkim w metropoliach. Chciałbym wyjść od podstawowego pytania: czy polska architektura potrafi odpowiedzieć na wyzwania cywilizacyjne, przed którymi dzisiaj stoimy? Czy jest to element dyskusji zawodowej, która toczy się w naszym kraju?

Agnieszka Labus: Zaczęliśmy od tego, że architektura istnieje tylko wtedy, kiedy ma swoich użytkowników. Ja powiedziałaby inaczej – słowami Jaime Lernera, sławnego burmistrza brazylijskiej Kurytyby – architektura jest wtedy dobra, kiedy powstaje z prawdziwych potrzeb. Odpowiadając na postawione pytanie: zależy jak definiujemy architekturę. Czy tylko jako projektowanie budynków, czy znacznie szerzej. Z mojego punktu widzenia istotna jest skala. Mówiąc o trendach i tendencjach, takich jak napływ migrantów, starzenie się społeczeństwa czy postęp technologiczny, powinniśmy najpierw zacząć myśleć w skali makro – planowania przestrzennego i urbanistyki – by zrozumieć skalę mikro – architekturę – i to jak działania czy projekty w tych skalach odpowiadają na współczesne wyzwania. Traktując architekturę głównie jako projektowanie budynków, myślę, że jeżeli chodzi o polską architekturę, to generalnie nie uczymy się na błędach innych, co powoduje, że jest ona zazwyczaj dobra tylko punktowo, a nie systemowo. Odniosę się tu do kwestii, które znam ze swoich badań – do słynnych sun cities w Arizonie, czyli osiedli dla osób starszych powstających w latach 60. Dzisiaj w polskiej architekturze widzimy trend budowania podobnych zespołów mieszkaniowych, w których tak naprawdę nikt nie chce mieszkać. Są one w jakimś stopniu „naznaczone”, często nie spełniają podstawowych fizycznych wymogów, jak dostępność, a gdzie mowa o architekturze, która ma aktywizować czy wywoływać emocje i służyć integracji wielopokoleniowej.

Olgierd Dziekoński: Nie mówiłbym o skali makro czy mikro. W obu tych przypadkach, zawsze, architekt jest sługą inwestora. Tak zawsze było, jest i będzie. Jeżeli świadomość inwestora jest wyższa, to można oczekiwać, że architektura będzie lepsza. Jeżeli jest niższa, architekt musi się mocno natężyć, żeby ją nieco zmienić. Bez względu na to, czy jest to inwestor publiczny czy prywatny. To żadna nowość. Przypominam Państwu książeczkę niejakiego Witruwiusza O architekturze dedykowaną ówczesnemu cesarzowi Rzymu. Był to rodzaj poradnika dla niego jako inwestora, z odpowiedzią na pytanie, czego należy oczekiwać od architekta. W czasie dyskusji, które prowadzimy w Polsce i nie tylko tu, wątek inwestora trochę umyka. Zakładamy, że architekt jest samoistnym bytem, czyniącym to, na czym mu zależy. Czasem bywałem inwestorem publicznym, a czasem architektem. I to dla samego siebie, na przykład kiedy projektowałem własny dom. Musiałem wtedy dyskutować z żoną. Ona mówiła: „Nie wygłupiaj się, no przecież to będzie strasznie dużo kosztowało. Nie rób takich rzeczy, to bez sensu” albo „To jest mało użyteczne”. Mało użyteczne, czytaj: Witruwiusz. Witruwiusz mówił, że architektura ma być piękna, trwała i użyteczna. Jeżeli rzecz jest mało użyteczna, to znaczy, że może jest niedobra, niepotrzebna, zbędna, niewłaściwa, czyli trzeba znaleźć inne rozwiązanie. Piękne i użyteczne.

Marta Żakowska: Ogromna część powstających dziś w Polsce projektów nie odpowiada na zmiany cywilizacyjne. Jesteśmy do tyłu np. w kontekście starzenia się społeczeństwa czy projektowania dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Weźmy na warsztat obecnie najpilniejsze wyzwania, związane z kryzysem klimatycznym. W Polsce powstają głównie inwestycje, które pogarszają sytuację. Mimo, że sytuacja klimatyczna jest naprawdę poważna i niedostosowane do niej projekty przynoszą makabryczne skutki, w Polsce i innych częściach Ziemi, bo emisje mają wpływ na jakość życia wszędzie. Zgadzam się przy tym, że rola inwestora w dzisiejszych czasach jest kluczowa. Architekt może wdrażać część rozwiązań bez szczególnego wskazania dewelopera, ale na część musi mieć jednak dodatkowy budżet lub konkretne warunki od inwestora. W Polskim Związku Firm Deweloperskich powstał niedawno zespół ekologiczny pod nazwą Eco Avengers, który mam przyjemność współtworzyć – mam nadzieję, że przesuniemy granice odpowiedzialności deweloperów. Ale nie zgodzę się z tym, że to tylko inwestor decyduje o kwestiach kluczowych dla jakości życia i samopoczucia mieszkańców i użytkowników danego miejsca. Istnieje sporo ważnych decyzji, które może podjąć architekt. W kontekście kryzysu środowiskowego i klimatycznego i np. faktu, że ludzie dosłownie gotują się w mieszkaniach podczas upałów, czy że używamy cały czas klimatyzacji, przez co szkodzimy całej Ziemi, architekt ma bardzo dużo do gadania. Takich spraw jest multum. Niektóre decyzje nie niosą za sobą kolejnych kosztów. Wystarczy na przykład zastosować jasne materiały do pokrycia dachu i jezdni i jeżeli tylko wdrożymy tę decyzję w okolicy, obniży to temperaturę w danym miejscu średnio o 6 stopni i jednocześnie konieczność używania klimatyzacji. Architekt odgrywa przy tym bardzo dużą rolę w dyskusji, w poszerzaniu świadomości w inwestycjach i wśród klientów. Ma on do dyspozycji sporo małych „zagrań”, które niosą ze sobą duże konsekwencje, bardzo wpływają na jakość życia, a czasem nawet na możliwość przeżycia trudnych momentów, np. fal upałów, na terenie inwestycji.

Szymon Wojciechowski: Miasto postrzegam jako grę. Mamy tu graczy, a stosunki między nimi nie są jednoznaczne i proste. Nie można powiedzieć, że architekt jest Panem Bogiem, albo, że jest jest sługą dewelopera. Architektura to dla mnie scena, rama do życia. Inwestora motywuje zysk, oczywiście, ale nie tylko. Architekt również prowadzi swoją grę. Buduje sobie „pomniczek” w ustanowionych przez władzę ramach. Ale motywacją i dla architekta, i dla inwestora jest użytkownik, życie, bo nikt z nas nie chce przecież, by nasze budynki stały puste. Deweloper będzie budował takie mieszkania, jakie ludzie, kierując się różnymi motywacjami, chcą kupować. Każdy z graczy ma swoją rolę. Każdy walczy o swoje, władza plasuje się trochę wyżej, bo ona nadaje reguły gry. W zasadzie powinna tylko ustanawiać zasady: w postaci planów miejscowych, wuzetek, szerszych uregulowań ekologicznych, certyfikacji, itd. W tej grze jest bardzo wiele czynników wzajemnie się wzmacniających, osłabiających, ale u jej podstaw mamy przede wszystkim popyt, czyli to, czego chcą ludzie. Jeżeli będzie to popyt na dobrą architekturę, zostanie ona wymuszona na władzy i na deweloperach.

Wojciech Kotecki: Zgadzam się, że dzisiaj rola architekta jest dużo bardziej skomplikowana niż w czasach mojego idola Le Corbusiera, kiedy projektant przypisywał sobie rolę decydowania o tym, jaka ma być przyszłość. Z drugiej strony, nie mogę się zgodzić się z tym, że architekt jest po prostu narzędziem w rękach inwestora. Jesteśmy zawodem zaufania publicznego, i bardzo poważnie to traktuję. Jesteśmy też zawodem usługowym i działamy na rzecz naszego usługodawcy. Szacunek dla inwestora jest bardzo ważny, a zrozumienie jego potrzeb kluczowe. Z mojej praktyki wynika, że klienci oczekują od nas rozsądku, szacunku nie tylko dla nich, ale też dla społeczeństwa, środowiska; pewnej mądrości i umiejętności niepodlegania bezwzględnie ich oczekiwaniom. Oczywiście, jako architekci mamy wagę piórkową w całym tym procesie. Nie mamy energii inwestycyjnej ani władzy. Natomiast mamy dosyć szerokie holistyczne spojrzenie i wydaje mi się, że potrafimy spinać ze sobą różne obszary życia. Moim zdaniem, rola architekta dzisiaj niekoniecznie polega na tworzeniu pięknych budynków, które przynoszą wysokie profity, tylko na byciu rodzajem mediatora na tej właśnie planszy do gry, o której mówił Szymon. Architekt umie odczytać, co twierdzą poszczególne strony i powiedzieć: „Słuchajcie, może to się da tak ułożyć, żebyście wy zarobili pieniądze, zasoby naturalne były w możliwy sposób uszanowane i żebyśmy nie uczynili zła sąsiadom”. I żeby na koniec polityk miał sukces polityczny i przeciął wstęgę. Szukanie tego konsensusu na wielu polach to tak naprawdę usługa, po którą przychodzą do nas dzisiaj deweloperzy. Chcą po prostu receptury, jak to wszystko ma zadziałać, by mogli długoterminowo funkcjonować, niekoniecznie w negatywnych rejestrach.

Paweł Jaworski: Trudno mi zrozumieć zestawienie makroproblemów z mikrorozwiązaniami. Wiele miejskich zjawisk, w tym migracje, to problem strukturalny, więc wymaga strukturalnego rozwiązania. Rozwiązania, o których mówiła Marta, są fajne, ale nic nie zmieniają. Obniżenie temperatury o 6 stopni na fragmencie osiedla, to nie jest zmiana systemu.

Marta Żakowska: Nie mówiłam o zmianie systemu. Mówiłam tylko, że w niektórych bardzo poważnych sprawach architekt nie jest tylko sługą inwestora – jest obarczony odpowiedzialnością względem użytkowników i Ziemi i ma możliwości. Te 6 stopni ratuje życie – póki nie ma systemowego rozwiązania dotyczącego projektowania w dobie śmiertelnych fal upałów, to architekci muszą o nie walczyć.

Paweł Jaworski: Myślę, że te 6 stopni uprzyjemnia życie.

Marta Żakowska: Nie, nie, często je ratuje. Świat płonie, Polska też. Od 33 stopni nagle bardzo wyraźnie rośnie śmiertelność. Te 6 stopni może uratować bardzo wielu ludzi.

Paweł Jaworski: Chciałbym wrócić do problemów. Jeżeli mamy je rozwiązywać, to kluczowy jest, nawiązując do wypowiedzi Pana Olgierda Dziekońskiego, powrót do tego, kto jest naszym klientem i który z naszych klientów rozwiązuje przedstawione przez Ciebie Michale problemy. Naszym klientem zazwyczaj jest władza, na różnych poziomach. Dla mnie pytaniem źródłowym byłoby to, na ile jesteśmy w stanie wpływać na władzę, żeby na przykład zmieniała pewne regulacje, pewne rzeczy systemowo przygotowywała do rozwiązania. Poza tym cały czas mam problem z taką metaforyką, że architekt jest mediatorem. To zakłada sytuację bycia poza interesami. Ale od nich nie da się uciec. Architekt zawsze reprezentuje czyjeś interesy. Nie da się być poza tą grą i powinniśmy być tego świadomi.

Szymon Wojciechowski: Mamy ograniczenia, ale mamy także pole do działania. Podoba mi się ten przykład dotyczący temperatury. Jest mnóstwo takich rzeczy do zrobienia. Róbmy, co możemy.

Olgierd Dziekoński: Nie jest tak, że architekt jest bezrozumnym narzędziem. Jest on jak najbardziej rozumnym narzędziem. A kwestia jego odpowiedzialności – jako rozumnego uczestnika procesu – stanowi przedmiot i sens tego zawodu. To po pierwsze. Po drugie, nie istnieje on w próżni społecznej. Jeżeli popatrzymy na badania opinii społecznej z 2014 roku, wykonane przez CBOS na wniosek Akademii Leona Koźmińskiego, okazuje się, że 20% gospodarstw domowych miało kiedyś kontakt z architektem. Co ciekawe, najczęściej mieli go ludzie w średnim wieku. Inne ważne pytanie w ankiecie dotyczyło tego, kto ma wpływ na wygląd miast. Są to władze lokalne – 55%, architekci na drugim miejscu – 11%. Przy czym wśród respondentów, którzy kiedyś korzystali z usług projektantów, wskaźnik ten wyniósł 15%. Ci sławni deweloperzy, o których mówiliśmy, uzyskują tylko 8%. Te badania są tożsame z analizami prowadzonymi kiedyś przez Ministerstwo Kultury na zlecenie Kancelarii Prezydenta oraz przez SARP. Rozziew pomiędzy rolą architekta i władz lokalnych, a miejscem inwestora jest bardzo charakterystyczny. Najbardziej charakterystyczne i ciekawe jest jednak to, że osoby budujące własne domy, odpowiadające za około 40% całości budownictwa mieszkaniowego w Polsce, w opinii respondentów tylko w 4% ponoszą odpowiedzialność za wygląd miasta. Oznacza to, że ludzie nie utożsamiają się z własną, osobistą odpowiedzialnością. Dyskusja o architektach nie może odrywać się od tego społecznego wymiaru zrozumienia roli architektury. Te same badania mówią, że ludzie są bardzo z niej zadowoleni. Na ogół na pytanie, czy podoba się Państwu estetyka polskich miast, czy są ładne, dobrze zaplanowane, powstają tam ładne, ciekawe budynki, „raczej tak” odpowiada 52% respondentów, „zdecydowanie tak” 15%. A zatem, to co w środowisku architektonicznym i krytyków architektury jest bardzo często kontestowane, dla społeczeństwa szeroko rozumianego, czyli dla ludzi, którzy kupują mieszkania od deweloperów, jest bardzo dobre.

Michał Wiśniewski: Pozwolę sobie przywołać jeszcze inne badania. Narodowe Centrum Kultury w ubiegłym roku przygotowało raport W dialogu z otoczeniem. Społeczne postrzeganie przestrzeni publicznej i architektury w Polsce. Na pytanie „Czy potraficie Państwo wymienić z imienia i nazwiska jakiegoś architekta?”, na 1000 badanych osób, tylko 60 osób udzieliło odpowiedzi, czyli około 6%. Tym najbardziej znanym architektem w Polsce obecnie jest Antonio Gaudi. Drugi to Bernardo Bellotto, zwany Canaletto, który architektem nie był. To dużo mówi o postrzeganiu naszego zawodu. Chciałbym się jeszcze odwołać do metafory gry i zapytać, który z graczy w ciągu ostatnich 25, 30 lat najwięcej się nauczył i nabył najwięcej kompetencji dotyczących kształtowania przestrzeni?

Szymon Wojciechowski: Ruchy miejskie. Nie jestem bezkrytycznym entuzjastą tego, co robią, ale uważam, że ich rola przy „robieniu hałasu”, swoistym lobbingu, jest nieoceniona. Ma wpływ na wszystkich. I to oni najwięcej się nauczyli. Deweloperzy też, bo zaczynają wybiegać myślą w przyszłość. Władze – tu proces jest najwolniejszy z natury rzeczy. Generalnie uważam, że w miastach polskich z przestrzenią nie jest tak źle. Kiedy rozmawia się z obcokrajowcami, którzy przyjeżdżają do Warszawy, strasznie zniszczonej przez wojnę i komunę, mówią, że to fantastyczne miasto ze świetną komunikacją i miejskim życiem. Znam Szkotów, Włochów i innych, którzy po prostu chcą osiedlać się w Warszawie.

Marta Żakowska: To prawda, tylko że bardzo często są to ludzie, którzy znają głównie centrum. Kiedy zabierze się ich na Targówek czy Białołękę, pokaże korki, brak przestrzeni publicznych, grodzenie osiedli, betonozę czy brak dobrego transportu, perspektywa się trochę zmienia.

Paweł Jaworski: Są ruchy społeczne, które szkodzą przestrzeni albo koncentrują się w absurdalny sposób na jakiejś sprawie. Ruchy miejskie to fenomen dużych miast. Jest ich dosłownie kilka i działają w wielkich ośrodkach. Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, kto nauczył się najwięcej.

Szymon Wojciechowski: Aktywiści miejscy nauczyli się najwięcej w stosunku do tego, co było. Chodzi o przyrost, deltę.

Wojciech Kotecki: Dla mnie te 30 lat to był wspaniały okres. Pamiętam, że bardzo chciałem, żeby budowało się dużo, pięknie, wspaniale, na potęgę. I właściwie ta gigantyczna potrzeba została spełniona w więcej niż stu procentach. Z tymi 30 latami przesunęliśmy się o oczko wyżej w piramidzie Maslowa, zobaczyliśmy, że wiele rzeczy się udało. Ale nagle się okazało też, że o bardzo wielu rzeczach zapomnieliśmy. Wahadło wychyliło się daleko w kierunku gospodarki liberalnej. Podczas moich wycieczek po Europie Zachodniej, dziwię się, że żaden z jej krajów nie zaszedł tak daleko, jak my pod tym względem. Refleksja nad sukcesem i jego kosztami, pojawia się na bardzo wielu poziomach – u młodego pokolenia polityków, u następnej generacji deweloperów. I to samo się dzieje u architektów. To bardzo ciekawy proces, który dotyczy również debaty publicznej. Jest widoczny za sprawą szeregu publikacji, dyskusji, wystaw w MSN, popularnych książek Filipa Springera.

Michał Wiśniewski: Zanim zaczęliśmy dyskusję, wspominałeś Wojtku o Waszych doświadczeniach z Warszawską Dzielnicą Społeczną i o tym, że została ona odebrana jako coś nowego, ciekawego przez warszawskich deweloperów. Czy takie zainteresowanie postrzegasz jako proces nabywania kompetencji przez tego jakże ważnego uczestnika walki o miasto?

Wojciech Kotecki: Zadaliśmy pytanie, co właściwie można zrobić pozytywnego zamiast krytykować. Zebraliśmy multidyscyplinarny zespół, który projektując, oparł się na różnych realizacjach z Europy Zachodniej. Inspirowaliśmy się też dorobkiem polskiego mieszkalnictwa uspołecznionego. To projekt modelowego miasta stworzony na zamówienie Miasta Stołecznego Warszawy, będący pakietem różnych rozwiązań tworzących zrównoważoną dzielnicę, zrównoważony sposób mieszkania w mieście. Zależało nam na tym, żeby rozpropagować pewne idee, żeby zamiast mówić o tym, że w Polsce się nie da, pokazać wartość propagatorską konkretnych pomysłów oraz gotowe do zastosowania rozwiązania. Po prezentacji w Zodiaku, na którą przyszło sporo osób, dowiedziałem się, że byli tam deweloperzy albo ich przedstawiciele. Dzisiaj, kiedy nadal wierzymy, że Warszawską Dzielnicę Społeczną uda się zrealizować, ale nie jesteśmy tego na sto procent pewni, komercyjni klienci zgłaszają się do nas z wiarą, że nasz zestaw zasad jest wartością dodaną, która może być przez nich wykorzystywana w modelu czysto komercyjnym. Wierzę w rolę edukacyjną architektów, bo świetnie posługujemy się obrazem. W dzisiejszym świecie to szczególnie skuteczny środek przekazu. Pozostaje tylko pytanie, co zawrzemy w tym przekazie. Bardzo potrzebne jest, by architekci – na tyle, na ile mogą – zmieniali życie w mieście. Uważam, że nawet przy swojej piórkowej wadze są w stanie kształtować postawy, mówić, co jest mądre i modne.

Paweł Jaworski: Przypomniało mi się moje mikrośledztwo. Pochodzę z bardzo małego miasteczka na południu Polski. Władze zrealizowały tam nowy rynek na miejscu dawnego targowiska – kamienice ze stalowymi kurkami i dziwnymi balkonami. Przejrzałem wszystkie dokumenty, towarzyszące procesowi projektowemu, i stwierdziłem, że po drodze nikt nie powiedział po prostu, że można inaczej. A zatem nie był to spisek. Jeżeli chcemy rozmawiać o tym, że przestrzeń można kształtować inaczej, musimy zacząć od pokazywania alternatyw. Projektowo, dyskursywnie, pisząc artykuły o architekturze, itd. Interesuje nas wysokość podatku VAT, cena biletu miesięcznego, cena ropy, ale nie interesuje to, że istnieje ktoś taki jak architekt, który podejmuje świadome decyzje w procesie wytwarzania przestrzeni. Jeżeli zwrócimy na to uwagę ludzi, będzie inaczej. Tylko trzeba zacząć to robić, bo samo się nie stanie.

Agnieszka Labus: Chciałam nawiązać do wcześniejszej wypowiedzi, że architekt nie jest mediatorem, Wydaje mi się, że w procesie inwestycyjnym właśnie musi być kimś takim. Często zatracamy się w stereotypowym postrzeganiu architekta jako osoby projektującej budynki. Widzę go właśnie jako kogoś, kto łączy ze sobą różne dziedziny. Architekt może być mediatorem, może być usługodawcą, może być biznesmenem, może być twórcą, czy społecznikiem. I to właśnie architekci przez te ostatnie 25, 30 lat stosunkowo dużo się nauczyli, szczególnie w kontekście łączenia ze sobą różnych dyscyplin. Wyszli poza obszar projektowania budynków. Nowością jest również to, że w obrębie naszej dziedziny pojawiają się różnego typu eksperci, na przykład od dostępności czy badań jakościowych. Włączają w proces projektowy własne know-how, po to, by projekt był lepszy, by dopilnować kwestii, które architektom zajmującym się wyłącznie projektowaniem, mogłyby umknąć. Często architekturę postrzegamy głównie jako estetykę, zapominając o aspektach środowiskowych czy społecznych. I nawet kiedy ogłaszane są konkursy na najlepsze obiekty architektoniczne, z reguły są one oceniane pod względem estetyki, użytych materiałów, itd. Rzadko ktoś sprawdza, czy na przykład dany budynek funkcjonuje dobrze w kontekście potrzeb użytkowników.

Michał Wiśniewski: W ciągu ostatnich kilkunastu lat byliśmy świadkami bardzo poważnych procesów, które wynikały z faktu, że zmieniło się zupełnie myślenie o prawie w Polsce. Chciałem zapytać, co możemy i powinniśmy zrobić, aby przestać psuć przestrzeń polskich miast. Czy to jeszcze jest możliwe?

Olgierd Dziekoński: Badania opinii publicznej wskazują, że mieszkańcy wcale nie są niezadowoleni z przestrzeni polskich miast. Mówię o tym nie bez kozery, bo jeżeli rozmawiamy o zmianie prawa, to jest ona w pewnym sensie konsekwencją potrzeb społecznych. Nie jest przecież tak, że polityk robi sobie co chce, bo tak uważa. Musi odczytywać potrzeby i na nich budować. A jakie są potrzeby społeczne w odniesieniu do architekta? Może powinniśmy jeszcze raz wrócić do kwestii, kim on jest. Pojawiło się takie pytanie w badaniu opinii publicznej, do którego już wcześniej się odnosiłem. Można było wybrać dwie odpowiedzi spośród pięciu. A zatem jest: „artystą tworzącym dzieła” – 17%, „rzemieślnikiem projektującym budynki” – 47%, „kreślarzem rysującym plany” – 41%, „osobą znającą procedury administracyjne, załatwiającą pozwolenie na budowę i na użytkowanie budynku” – 18%, „specjalistą odpowiedzialnym za techniczną stronę budowy i trwałość budynków” – 39%. To mi przypomina rozmowę z moim synem w końcu lat 80., kiedy zajmowałem się architekturą od strony praktycznej. Kiedyś zapytał mnie: „Tata, co Ty robisz w pracy? Jako architekt robisz konstrukcje budynków?”, „Nie”, „To może robisz instalacje?”, „Nie”, „To co Ty właściwie robisz?”. Wiecie Państwo, to jest dobre pytanie, co właściwie robi architekt.

Marta Żakowska: Kształtuje życie społeczne i zdrowie użytkowników.

Szymon Wojciechowski: Nie kształtuje. Uczestniczy jako jeden z graczy.

Olgierd Dziekoński: Jeżeli architekt uczestniczy w kształtowaniu życia społecznego, pojawia się kwestia, czy cieszy się prestiżem i zaufaniem. I było to drugie pytanie zadane we wspomnianym badaniu opinii. Można było wskazać kilkanaście zawodów. Największym szacunkiem obdarzany jest profesor uniwersytetu – 79%, następnie górnik – 77%, dalej sprzątaczka – 59% i księgowy – 58%, w końcu architekt – 58%, daleko za nim adwokat – 47%, i wreszcie polityk – 15%. Wracając do pytania o prawo: jeżeli polityk cieszy się 15-procentowym zaufaniem społecznym, to w moim przekonaniu dzisiejsza ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, nie uniemożliwia architektowi pełnienie jego społecznej funkcji. Bo czy ktoś nakazuje mu, przy sporządzaniu koncepcji zabudowy dla pozyskania decyzji o warunkach zabudowy, robienie czegoś, co byłoby niezgodne z jego etyką? Mamy przecież kodeks etyki zawodu architekta, prawda? Architekci nie spełniają swojej etycznej roli – trzeba to sobie jasno i otwarcie powiedzieć. Albo może są zbyt słabi, w sensie instytucjonalnym, organizacyjnym, bo może właśnie mają za małe zaufanie społeczne. Są za słabi, by powiedzieć: „Nie, nie zgadzam się. To jest niedobre. Nie będę podejmował takiego działania”. Znam kilka firm architektonicznych, które odmawiają przyjęcia zlecenia, jeżeli prowadziłoby ono do niezgodności z etyką zawodu architekta. Wydaje mi się zatem, że mówimy o ustawie dlatego, że chcemy zrzucić na kogoś poczucie odpowiedzialności. Do tego służą we współczesnym polskim świecie ustawy. Rządzenie i władza polega na tym, że trzeba podejmować decyzje ze świadomością ich odpowiedzialności, ale architekt, który uczestniczy w podejmowaniu decyzji, chciałby uciec od odpowiedzialności. Taka niestety jest moja teza. Dodam jeszcze jeden wątek. Otóż kto najbardziej wspierał likwidację istniejących w 1994 roku zapisów prawa budowlanego – konkretnie artykułu, który mówił o tym, że projekt budowlany musi być dostosowany do otaczającego krajobrazu, architektury, itd.? To przecież architekci wnioskowali o wyrzucenie tego zapisu. Usunięto go, bo uznano, że władza będzie interweniowała nadmiernie w zakres nieskrępowanej twórczości architekta.

Szymon Wojciechowski: Nie mówię, że jesteśmy aniołami bez winy, ale spójrzmy choćby na warunki techniczne. Absurdy, sprzeczności wewnętrzne, niespójne przepisy pożarowe, powiększanie miejsc parkingowych tam, gdzie – i każdy o tym wie – co najmniej połowa ich stoi pusta.

Wojciech Kotecki: Wrócę do tego, że architekt może mieć dobre intencje, ale wagę to on ma piórkową. Może się poruszać z wielkim heroizmem, ale jednak w ramach zasad, które są ustawione z jednej strony przez władze, z drugiej przez kapitał, z trzeciej przez społeczeństwo. Nie wierzę, że architekt jest w stanie własnym heroizmem zapobiec na przykład budowie Białołęki. Prawo, mądre prawo, jest szalenie potrzebne. Kłopot dla mnie stanowi to, że jego interpretacja prowadzi często do absurdów. Warunki techniczne są absurdalne i są trochę schedą po poprzedniej epoce, gdzie władza urzędnicza była najważniejsza i w związku z tym trzeba było niejedną absurdalną rzecz wykonać. Z jednej strony mamy nadregulację, bo liczba ustaw rośnie dramatycznie, to już kilka tysięcy stron przepisów, z drugiej brakuje debaty publicznej, konsultacji.

Paweł Jaworski: Bardzo mnie niepokoi, kiedy dyskusje o prawie zaczynają zmierzać w stronę kwestii technicznych. Ważniejsze jest komu i do czego to prawo służy. Przypomina mi się znakomity fragment wypowiedzi Kuronia, że demokracja gwarantuje, iż nie będziemy lepiej rządzeni niż na to zasługujemy. Mamy takie prawo, na jakie zasługujemy. Jeżeli chcemy żyć w lepszym społeczeństwie i w lepszej przestrzeni, to problemem jesteśmy my sami, a nie prawo urbanistyczne. Do momentu, kiedy sobie nie stworzymy takiego społeczeństwa, w którym chcielibyśmy żyć, z silnymi relacjami społecznymi, z poczuciem wspólnoty, nie będzie ono inne. Nie zaczniemy żyć w lepszych miastach, dlatego że zmienimy narzędzie urbanistyczne do zarządzania miastem. To fałszywa wiara w sprawczość prawa. Warto porzucić retorykę życia w cudzym państwie, władzy, która nie wiadomo skąd spadła, prawa, które nie wiadomo kto uchwalił, architektów, którzy nie wiadomo, gdzie się wykształcili, inwestorów, którzy nie wiadomo, gdzie zdobyli pieniądze. To jesteśmy my sami, nasi rodzice, znajomi, itd. Podbijam tu zdecydowanie wątek dotyczący kształtu przepisów. Nie są problemem one same, tylko sposób ich wytwarzania, wartości, które w nie wkładamy. A zatem nie zadawajmy pytania o prawo, zanim nie zapytamy o kwestię bardziej zasadniczą – kim chcemy być, czym mają być nasze miasta. Inaczej będziemy produkować nieskończoną ilość wersji zmiany ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. W obrębie istniejących przepisów można robić rzeczy naprawdę wielkie. Nie jest tak, że krępują nam ręce do tego stopnia, że bez ich zasadniczej zmiany, nie będziemy w stanie stworzyć żadnej wartościowej przestrzeni. Pewne rzeczy uniemożliwiają, pewne rzeczy są trudne, ale to tylko techniczne kwestie, więc niczego zasadniczo nie zmieniają.

Szymon Wojciechowski: Poza tym, że dodają 10% niepotrzebnych powierzchni parkingowych. Nie można powiedzieć, że prawo jest emanacją zła. Zostało ukształtowane, może z pewnym opóźnieniem, przez to, co nazywam popytem na architekturę, na przestrzeń. Nie zgadzam się jednak z tym, że mamy czekać na ogólnofilozoficzne stwierdzenie, co mamy robić, co nas kształtuje. Naszą rolą jest uczestniczyć w tej grze, i brać dla siebie i dla społeczeństwa jak najwięcej z tego, co się da w danej chwili. Kluczowe są słowa Wojtka o kształtowaniu odbiorców, o edukacji. Jeżeli ludzie będą jakiejś rzeczy potrzebowali, będą ją mieli. Podobnie było w przypadku ruchów miejskich, które potrafiły doprowadzić do wielu dobrych zmian w różnych miastach.

Paweł Jaworski: Jasne, ale nie ignorowałbym wątku zasad, bo wydaje mi się, że tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Pamiętam taki znakomity tekst opublikowany przez Klub Jagielloński, dotyczący tego, czy chcemy żyć w państwie Zakonu Krzyżackiego, czy w państwie Arystotelesa. Czy chcemy żyć w miejscu, w którym przepisy regulują każdy nasz ruch i mamy cały sztafaż zapisów mówiących o wielkościach miejsc postojowych i każdej najprostszej rzeczy, czy chcemy mieć przestrzeń wolności decyzji. My sobie na to pytanie nie odpowiedzieliśmy.

Szymon Wojciechowski: Ale czy wyobrażamy sobie odpowiedź „tak” lub „nie”?

Paweł Jaworski: Każdy obywatel i każde państwo powinno odpowiedzieć na to pytanie. Tak naprawdę, odpowiedź czy wybieram jeden wariant, drugi czy jakieś pośrednie, zdefiniuje nam, co właściwie może architekt. Teraz mamy trochę tego, trochę tamtego i nie wiadomo, kto za co odpowiada. Z jednej strony próbujemy sobie wyobrazić, że nasza sprawczość jest bardzo wysoka. Potem, w konkretnym procesie inwestycyjnym, okazuje się, że jest jednak trochę mniejsza niż nam się wydaje, a na pewno mniejsza niż nam wmawiają w trakcie kształcenia architektonicznego. Kiedy jesteśmy w środowisku zawodowym, przekonujemy się, że naprawdę jesteśmy ważni. Ale okazuje się, że sprzątaczka i górnik wykonują konkretne zawody i zmieniają rzeczywistość, no więc społeczeństwo ich sobie ceni, a co my robimy – podobnie jak syn Pana Olgierda Dziekońskiego – nie wie. Prawo to tylko narzędzie, więc pojawia się pytanie, kto i do czego go używa oraz co chce w ten sposób osiągnąć. A może narzędzie po prostu trzeba zmienić, bo nam nie służy do osiągnięcia celów? Ale my nie wiemy, jakie mamy cele, bo powiedzenie, że chcemy żyć w lepszych miastach nic nie znaczy. To pustosłowie, symbol bez treści.

Marta Żakowska: Chciałam wrócić do kryzysu klimatycznego i odpowiedzialności architekta oraz faktu, że jest to zawód zaufania publicznego. Niepodejmowanie pewnych działań przez jego przedstawicieli, nawet w ramach istniejącego prawa, jest przyczynianiem się do bardzo poważnych problemów. To w zasadzie zbrodnia zaniechania. Myślę, że powinniśmy rozszerzyć rozumienie zawodu zaufania publicznego w różnych kontekstach – przede wszystkim o poważną odpowiedzialność za życie i jego jakość i to nie tylko w kontekście spadania nam na głowę belek. Mam też wrażenie, że dyskutujemy często o roli architekta jako swoistego męczennika. „Tak ważny zawód, a tak mało można, bo prawo, bo inwestorzy...”, itd. Wynika to ze sposobu ukształtowania społecznej roli architekta w latach 90. W czasach PRL była ona silniejsza. Naprawdę jest tyle alternatywnych działań, które projektant może podjąć, nawet gdy inwestor nic nie rozumie i nie dołoży. Są już zresztą tacy, którzy przepychają granice wyobraźni, wypracowują nowe rozwiązania i wprowadzają tanie, ale mądre – w kontekście zdrowia – decyzje w życie inwestycji, nawet przy małych budżetach i trudnych inwestorach. Betonowanie miasta bez uwzględniania funkcji retencyjnych w obliczu powodzi i suszy jest np. decyzją o charakterze być albo nie być. W czasach kryzysu klimatycznego widać nagle wyraźnie to, co wiemy od dawna, a o czym trochę społecznie zapominamy – że architekt jest zawodem takiej rangi, jak lekarz, i to ten, który operuje. Architekci są odpowiedzialni za nasze życie i jego jakość, a nawet to, czy w trudnych czasach uda nam się przeżyć.

Wojciech Kotecki: Odnosząc się do wypowiedzi Pawła – nie czekałbym na powstanie społeczeństwa i na to, kiedy stworzy ono własne zasady. Bo obie te rzeczy już mamy. Na dodatek te zasady cały czas się zmieniają. Ostatnia zmiana władzy na szczeblu centralnym była właściwie całkowitą transformacją wrażliwości. Powstała na przykład specustawa mieszkaniowa. Oczywiście, ma swoje zabarwienie polityczne, ale to akurat chciałbym pominąć. Natomiast jest to narzędzie, które my, jako architekci, możemy wykorzystać dobrze lub źle. Pola siłowe są w dużym stopniu zdefiniowane, a my możemy je umiejętnie minimalnie zakrzywiać.

Paweł Jaworski: Dobrze byłoby sobie powiedzieć, o kim właściwie tu rozmawiamy. Mówimy „architekci”, tak jakby istniało coś takiego, jak „wszyscy architekci”. Każdy z nas robi co innego. Architekci, którzy pracują w innym zawodzie, i na przykład wracają na grunt architektury, to powszechne doświadczenie, przynajmniej mojego pokolenia. Te osoby bardzo dużo wnoszą do tej dziedziny. Mamy tu działania projektowe, działania nieprojektowe w zakresie architektury, ale też działania prawne. W końcu przez cały XX wiek znakomici architekci byli politykami, zasiadali w sejmie i różnych innych gremiach, pisali ustawy, itd. Tworzenie przepisów architektonicznych to też ważna rola dla architekta. Często pracują oni również w sektorze IT. Migracja zawodowa architektów na inne pola zmienia je, ale wtórnie zmienia również architekturę. To bardzo ciekawe zjawisko.

Olgierd Dziekoński: Cały czas dotykamy kwestii odpowiedzialności. Jeżeli chcielibyśmy egzekwować ją po stronie architektów, mamy kodeks etyki zawodowej i różne metody oceny, konkursy, nagrody, itd. A jak wygląda kwestia odpowiedzialności władzy publicznej? Władza też musi podlegać etyce zawodowej, ale powinna w związku z tym mieć możliwość podejmowania decyzji. A my architekci bardzo często chcemy, by jej nie miała, bo uważamy, że będzie mogła naruszać nasze dobra. Jeżeli popatrzymy na rozwiązania, które istnieją w wielu państwach europejskich, dostrzegamy, że zdolność oddziaływania władzy jest tam znacznie większa niż w naszym kraju. Architekt miejski może po prostu powiedzieć: „Nie, to mi się nie podoba. Proszę przynieść nowe rozwiązania”. Pytanie, w którym momencie możemy decydować o jakości architektonicznej architektury. Na etapie projektu budowlanego – nie ma innej możliwości. Doprowadziliśmy jednak do tego, że projekt budowlany nie jest poddany jakiejkolwiek ocenie przez kogokolwiek. A zatem wydaje się, że jeżeli mówimy o zmianie prawa, to musimy przywrócić władzy publicznej zdolność dokonywania wyborów. Oczywiście, będą to wybory subiektywne, ale to właśnie one łączą się z lokalną polityką przestrzenną. Ktoś powie: „Chcemy mieć płaskie daszki”, a kto inny: „A my dworki”. I w takim właśnie momencie ujawnia się społeczny wymiar roli architekta. Jeżeli potrafi on powiedzieć: „Słuchajcie Państwo, domy ze skośnymi daszkami są niedobre, a z płaskimi doskonałe”, zaczynamy poważną dyskusję i oddziaływanie na władzę publiczną oraz mikrokrąg lokalnej społeczności.

Paweł Jaworski: Umyka nam ciągle, że odpowiedzialność istnieje tylko wtedy, kiedy istnieje przestrzeń na decyzje. Kiedy jej nie ma, nie ma też odpowiedzialności; jest tylko implementacja prawa. Buchalteryjne państwo, gdzie są normy i stosuje się je w konkretnej sytuacji. Państwo pruskie. Kiedy zaczynamy rozmawiać o tym, gdzie ta decyzyjność jest położona i ile jej jest, dotykamy poważnych zagadnień politycznych. Bo nawet dyskusja, czy na przykład architekt miasta powinien mieć możliwość ingerowania w projekt architektoniczny, stanowi istotne pytanie o kwestie zasadnicze: ile uprawnień ma wspólnota i co może ona narzucać jednostce?

Olgierd Dziekoński: Można zastosować właśnie pruskie rozwiązania, czyli niemieckie, gdzie architekt miasta formalnie nie mówi, że dany projekt jest niedobry, ale ma możność zażądania od projektanta czy inwestora sporządzenia makiety w skali 1:1, jeżeli ma wątpliwości co do jakości elewacji. Chyba że architekt dokona jej zmiany. To bardzo proste rozwiązanie.

Michał Wiśniewski: Co w polskiej przestrzeni udało się najbardziej, a co najmniej przez ostatnie 30 lat?

Szymon Wojciechowski: Generalnie, uważam, tak jak Wojtek, że te 30 lat było po prostu dobre, a my tego czasem nie zauważamy. Co nie znaczy, że było idealne.

Wojciech Kotecki: Było wspaniałe. Chcieliśmy mieć sukces i zwyczajnie go mamy. Ale po drodze gdzieś pozostawiliśmy człowieka, społeczeństwo i tak naprawdę też mądrość, równowagę, sposób, w jaki egzystujemy między sobą, ale również z naturą. Te kwestie przestały stanowić element debaty i pojawiają się dopiero teraz.

Agnieszka Labus: Zasadnicze znaczenie miało wejście Polski do Unii Europejskiej i dotacje na projekty infrastrukturalne. Na pewno najwięcej zyskały centra dużych miast. Pojawiły się tam obiekty służące kulturze, rekreacji i turystyce. Mają dużo większą szansę na promocję i rentowność. Różnie to bywa w mniejszych miejscowościach i na terenach podmiejskich. Wiele realizacji architektonicznych w Polsce osiąga poziom światowy, jednak ciągle mają one charakter punktowy. Są jak wisienki na torcie. Czołowe pracownie też dorównują znanym międzynarodowym biurom. Wybitne jednostki wyznaczają trendy i chciałoby się, żeby kreowały rzeczywistość, prestiż zawodu architekta. Niestety pozostali psują to, jak jest postrzegany.

Paweł Jaworski: Przyznam się, że nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, co się udało, a co nie, ale myślę, że wyzwaniem dla nas będzie powrót do świata postdotacyjnego. Kształtowanie przestrzeni miejskiej nam się zredukowało do projektów napędzonych zewnętrznymi środkami. Teraz będziemy musieli żyć w świecie, w którym trzeba będzie zacząć zarządzać przestrzenią. Trzeba będzie też przestać redukować urbanistykę do projektów architektonicznych. Jako architekci zajmujący się urbanistyką czy planowaniem przestrzennym, będziemy musieli zacząć odpowiadać na zupełnie inne pytania. Zadrżałem, kiedy powiedziałaś, że wybitne jednostki kształtują rzeczywistość. To Heglowska wizja historii, a ja uważam, że jest dokładnie na odwrót. Miasta są kształtowane przez średnie projekty, ponieważ mają one masową skalę. To, czego nie umiemy, a będziemy musieli się nauczyć, to zarządzanie całą przestrzenią miejską, a nie stu metrami kwadratowymi trawnika przed obiektem kultury. Kiedy sobie wypucujemy placyk przed siedzibą orkiestry symfonicznej, wydaje nam się, że to przestrzeń publiczna i urbanistyka. A to tylko wejście do sali koncertowej i nigdy nie będzie niczym więcej. Jeżeli chcemy tworzyć przestrzeń miejską, rozmawiać o niej i przekształcać ją, musimy wykreować zupełnie nowe mechanizmy, których jeszcze w tym momencie nie mamy. Nowy język, nowy sposób finansowania, nowy sposób partycypacji bardzo różnych podmiotów.

Marta Żakowska: Udało nam się, w latach 90. i po 2000 roku, stworzyć przestrzeń dla ludzi, którzy zdefiniowali sobie pojęcie wolności w bardzo wolnorynkowy sposób – też przestrzennie. Na pewno daliśmy im możliwość samorealizacji w tym obszarze. Dla wielu ludzi, którzy trzymali i trzymają władzę, to bardzo duże osiągnięcie. I bardzo duży zysk – nie tylko finansowy, ale też tożsamościowy. Udało nam się również wytworzyć wysokie zaangażowanie mieszkańców miast w kwestie miejskie. Polska ma zupełnie wyjątkową na tle Europy sieć aktywistów miejskich. Myślę, że te zjawiska są ze sobą powiązane – z faktu, że nasz kapitalizm w latach 90. był dziki i nadal jest, wynika ogromne współczesne zaangażowanie ruchów miejskich w poprawę przestrzeni i jakości życia w miastach. Nie udało nam się natomiast stworzyć poczucia bezpieczeństwa. Wykreowaliśmy mnóstwo niebezpiecznych sytuacji dotyczących dochodzenia do własnego mieszkania, w którym można zdrowo – fizycznie i psychicznie – żyć, starzenia się w mieście, klimatu, jakości powietrza, wypadków drogowych. Mało dziś o tym mówiliśmy, ale jest to w dużej mierze efekt naszej kultury tworzenia przestrzeni i architektury. Zapomnianej społecznej odpowiedzialności architekta.

Olgierd Dziekoński: Udało nam się zbudować różnorodność w miastach poprzez funkcjonowanie samorządów. Zróżnicowanie i emocje z nim związane powodują dynamizm działania. Doprowadziliśmy do tego, że bardzo często, jak już wspominaliśmy, obcokrajowcy twierdzą, że mamy w Polsce „żywe miasta”. To jest niesłychanie ważne. Powstało też bardzo dużo obiektów, które staną się częścią historii naszej kultury. Nie udało nam się natomiast wprowadzić do szkół edukacji architektonicznej. Mimo wielu prób, to bolesna kwestia. Straciliśmy społeczny wymiar funkcjonowania zawodu architekta. W latach wcześniejszych, mimo systemu ówczesnego państwa, był on dosyć istotny – w dyskusjach, rozmowach, spotkaniach. Może trochę teraz zaczyna powracać, ale przez te 30 lat gdzieś zniknął. Ten społeczny wymiar odpowiedzialności w pewnym sensie brał się z tego, że mieliśmy, wstyd powiedzieć, poczucie wyższości w stosunku do przedstawicielu wielu innych grup społecznych. To poczucie wyższości powinniśmy starać się eliminować. Zatraciliśmy również świadomość różnicy pomiędzy projektowaniem urbanistycznym a planowaniem przestrzennym. Dodatkowo oderwaliśmy obie te dziedziny od kontekstu ekonomicznej solidarności związanej z ekonomią miejsca. Takiej solidarności urbanistycznej w wymiarze ekonomicznym.

Michał Wiśniewski: Z tej diagnozy wynika, że rzeczywistość jednak trochę skrzeczy. Zastanówmy się więc jeszcze nad tym, jaka będzie przyszłość i gdzie będzie w niej architekt.

Olgierd Dziekoński: Środowisko i zrównoważony rozwój. W moim przekonaniu jest to wyzwanie, po prostu dramatyczne wyzwanie, dla przedstawicieli tego zawodu. Pytanie, czy są oni do takich wyzwań przygotowani w sensie warsztatowym. I czy rzeczywistość świata ekonomii i polityki pozwoli im na ten wymiar odpowiedzialności odpowiedzieć.

Marta Żakowska: Zgadzam się. Myślę, że jesteśmy teraz w takim momencie, że architekci muszą wyraźniej zabierać głos w w sprawach społecznych, w sprawie środowiska i kryzysu klimatycznego.

Paweł Jaworski: Ja myślę, że będziemy dokładnie w tym samym miejscu, w którym jesteśmy. To znaczy jedni będą wizualizatorami, czyli będą przygotowywać wizualizacje, drudzy będą rysować projekty, inni będą tworzyć koncepcje konkursowe. Będą architekci, którzy będą pracować w urzędach. Będą tacy, którzy będą uczyć. Nic się nie zmieni. A zatem przed zawodem nie otwierają się żadne nowe perspektywy.

Michał Wiśniewski: Pole walki nie poszerzy się w żaden sposób? Na przykład w kontekście tego, co mówiłeś o wyzwaniach związanych ze światem po dotacjach?

Paweł Jaworski: To będą indywidualne wybory każdej z osób. Jeżeli profesja architekta stanie w obliczu czegoś nowego, przyjdzie to z zewnątrz. Kwestie kryzysu klimatycznego, owszem, ale dla mnie najciekawsze są zagadnienia metodologii pracy projektowej, bo mogą one całkowicie zmienić architekturę. Nie chcę zmierzać w stronę mobilizacji, mówić, że żyjemy w momencie przełomu moralnego i że gdy przekroczymy ten próg, nagle wrócimy do swojej boskiej roli. Nie wrócimy. Ważne jest dla mnie, by nie roić na temat naszego zawodu mokrych wizji, bo jest to szkodliwe. Myślę, że rzeczą, którą mamy do zrobienia, jest pokora powrotu do społeczeństwa. Bardzo ważne wydaje się, byśmy poczuli się członkami społeczeństwa i zaczęli rozwiązywać problemy nie swoje zawodowe, które sobie sami stworzyliśmy, tylko problemy społeczne; narzędziami, jakie mamy. Chciałbym na przykład zobaczyć w przyszłości architektów-polityków, którzy zaczynają kształtować rzeczywistość polityczną, odwołując się do swojego doświadczenia projektowego.

Szymon Wojciechowski: Żeby w sondażach spadli do 15%...

Paweł Jaworski: Nie, nie o to chodzi. Mam w sobie wielką niezgodę na schodzenie na poziom taktyki, czyli wykorzystywanie tylko cudzych możliwości. Możliwości, które stworzył ktoś inny. A zatem jeżeli chcemy zrównoważyć nasze ego architektoniczne, czy wyobrażenie o tym, że mamy wielkie ego, zacznijmy się zajmować strategią. To znaczy uczestniczmy w definiowaniu warunków, w których ktoś wykonuje między innymi ten zawód. Chciałbym, żeby architekci weszli w politykę, tak samo jak lekarze dyskutujący o służbie zdrowia na poziomie krajowym, tak jak nauczyciele rozmawiający o systemie edukacji. Nie rozumiem, dlaczego architekci debatują, przy całym szacunku dla naszej dyskusji, o architekturze w redakcji pisma architektonicznego, a nie na przykład w sejmie. To tam jest najważniejsze miejsce dyskusji o architekturze. Dzisiaj i zawsze.

Agnieszka Labus: W części zgodzę się z Pawłem. Wydaje mi się, że ten zawód jest tak różnorodny, że można go rozwijać w różnych kierunkach. Ale myślę, że mimo wszystko w przewadze będą ciągle ludzie zajmujący się projektowaniem budynków. Wydaje mi się też, że nastąpi wzrost liczby osób specjalizujących się w zagadnieniach z pogranicza architektury, takich jak badania jakościowe, dostępność, psychologia środowiska, czy co-designing. Na pewno zwiększy się rola architekta-społecznika, czyli osoby, która będzie współprojektować wraz z mieszkańcami. Chociażby ze względu na nowe trendy i tendencje – starzenie się społeczeństwa, zanik rodziny wielopokoleniowej, wzrost liczby singli, itp. – będą musiały pojawić się innowacyjne rozwiązania na przykład w zakresie form zamieszkania, takie jak co-housing, gdzie rola architekta jako menadżera procesu inwestycyjnego jest kluczowa. Cała nadzieja w młodych pokoleniach i tym, w jaki sposób ich wyedukujemy, przekażemy im naszą wiedzę.

Wojciech Kotecki: Ważny będzie człowiek i jego potrzeby, tworzenie zrównoważonego społecznie otoczenia, a także środowisko naturalne. Czekam, kiedy w końcu uda nam się znaleźć jakąś odpowiedź na kryzys klimatyczny, bo dzisiaj niestety mamy cyklistę-weganina, który mieszka w domu z betonu, a architektura ciągle jest traktowana jako niemalże dobro konsumpcyjne. Ważne jest przyziemne poszukiwanie alternatywnych technologii, ale jako architekci możemy też pomagać w wynalezieniu takich sposobów zamieszkiwania, które będą ograniczać wykorzystanie zasobów lub umożliwiać użycie tych już istniejących. Architekci niekoniecznie muszą ciągle budować na nowo. I jeszcze inna kwestia: kiedy patrzę na swoje dzieci, na nowe pokolenie, wydaje mi się, że ich emocje nieszczególnie są tutaj, w tej przestrzeni, która nas otacza. Bardziej w przestrzeni wirtualnej. Nie chodzi mi o wirtualną rzeczywistość sensu stricto, tylko raczej o społeczeństwo informacyjne. Jest taki zawód „architekt informacji”, dobrze płatny, w dodatku w większości wykonują go ludzie z wykształceniem architektonicznym. Przedstawiciele tej profesji tworzą przestrzeń funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego, któremu jest coraz bardziej obojętne jak wyglądają ulice miasta. Dzisiaj ci architekci pracują w firmach zakładanych przez informatyków i biznesmenów. Ciekawi mnie, kiedy to my, we własnych biurach projektowych, zaczniemy tworzyć przestrzeń społeczeństwa informacyjnego. Zamykając się w naszym „murowanym świecie” rzutów, przekrojów i betonu na budowie, jesteśmy zawodem nawet nie z poprzedniej epoki, tylko ze średniowiecza. Dlaczego nie moglibyśmy stać jedną nogą w świecie namacalnym, a drugą w wirtualnym? Być może jest to odpowiedź na nadmierną konsumpcję zasobów, bo tworzymy tu coś niematerialnego, warunki egzystencji człowieka o zerowym wpływie na środowisko.

Szymon Wojciechowski: A ja chciałbym, żebyśmy robili to co robimy, tylko lepiej, z innym przesunięciem akcentów – w stronę środowiska i porządnego budownictwa średniego. Zgadzam się z wypowiedzią, że rodzynki w Polsce mamy, ale w lekko zakalcowatym cieście. Boję się tego, o czym mówi Wojtek – przyjścia virtual reality, sztucznej inteligencji, zbędności istnienia naszego zawodu w takim świecie. Do pomyślenia jest, że wkrótce możemy chodzić w specjalnych okularach i widzieć miasto, jakie sobie zaprogramujemy. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co będzie dalej, ale mam nadzieję, że trochę będzie jednak po staremu.

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum