Kreatywność zespołu: Monika Arczyńska

2020-10-27 16:53 Rozmawiała: Agata Twardoch
Monika Arczyńska
Autor: Fot. archiwum Moniki Arczyńskiej Monika Arczyńska

Zespołowa kreatywność najbardziej wybucha, gdy ludzie odkrywają, że projekt nie powstaje z oddzielnych kawałków, ale że one się szczelnie przeplatają. Studenci szybko to wyłapują. Niezwykłe jest przyglądanie się, jak uczą się organizacji pracy i kreatywność rzeczywiście aż eksploduje. Gdańska architektka, wykładowczyni WA PG, o swoich zagranicznych doświadczeniach projektowych i o tym, co z nich przeniosła na polski grunt.

Agata Twardoch: Chciałam porozmawiać o całokształcie Twojej pracy i ścieżce zawodowej: od architektki do urbanistki. Muszę zatem zacząć od początku: studiowałaś na Politechnice Gdańskiej i na Uniwersytecie w Delft. To były dobre miejsca do studiowania?

Monika Arczyńska: Tak, ale pod zupełnie różnymi względami. Oba miejsca nauczyły mnie czegoś innego. Projektowania i kreatywnego myślenia w architekturze nauczyłam się dopiero w Delft. Wcześniej w Gdańsku, poza projektowaniem urbanistycznym w Katedrze Rozwoju Miasta, to były raczej wprawki. Zyskałam tam za to kulturę współpracy. Słyszałam, że na innych polskich wydziałach dominuje wyścig szczurów i duży nacisk kładzie się na indywidualizm. W Gdańsku tego w ogóle nie było i nie jest to tylko moja obserwacja. Gdy pracowałam w Dublinie spotykałam się z opinią, że architekci po Politechnice Gdańskiej są „jacyś dziwni”, gotowi, żeby zostać po godzinach za darmo, aby pomóc reszcie zespołu. Nadal widzę, że ta kultura wsparcia jest odczuwalna na naszym wydziale architektury i że jego absolwenci są bardzo otwarci na współpracę.

Jakiego tematu dotyczył Twój dyplom?

To był kwartał mieszkaniowy w Amsterdamie z mieszkaniami dającymi się adaptować do zmieniających się potrzeb użytkowników – można było je powiększyć o dodatkową przestrzeń. Zainspirowałam się Jednostką Marsylską i jej układem komunikacyjnym, przewidziałam możliwość łączenia lokali z „połówkami” na piętrach z korytarzem. Wszystko było modułowe, ale bardzo proste, bez przekombinowania, „przedesignowania”, czego do tej pory nie lubię. Dyplom broniłam w Gdańsku, ale projekt powstał na podstawie pracy semestralnej z Delft. Wtedy cały system wymiany Erasmus nie był jeszcze taki sztywny jak dziś i dawał więcej swobody.

Po studiach wyjechałaś do Irlandii. Od razu, czy jeszcze po drodze pracowałaś w Polsce?

Pracowałam przez dwa lata. Mieliśmy z „moim osobistym urbanistą”, Łukaszem Pancewiczem, taki układ, że wyjedziemy dopiero, gdy on uzyska obowiązujące jeszcze wtedy uprawnienia urbanistyczne. Nie chciał zaczynać wszystkiego od zera. Mnie cały czas bardzo ciągnęło za granicę. Zapisaliśmy się nawet na kurs niderlandzkiego i poważnie myśleliśmy o wyjeździe do Holandii, gdzie w architekturze działy się najbardziej ekscytujące rzeczy. Ale zanim mogliśmy wyjechać, spędziłam w Gdańsku bardzo intensywne dwa lata. Żeby sobie zapełnić „dziurę” po Delft, które było wspaniałym intelektualnym wyzwaniem, zapisałam się na studia doktoranckie. Poza tym zaczęłam pracę, a wtedy w ogóle nie było pracy dla architektów! Najpierw byłam zastępczynią kierownika budowy, gdzie właściwie zajmowałam się samymi bzdurami. Liczyłam, że przynajmniej odhaczę sobie doświadczenie na budowie do uprawnień projektowych. A jednak nie mam ich do teraz... Przez kolejny rok pracowałam nad swoim pierwszym własnym projektem. To był projekt cmentarza, bo w międzyczasie wygraliśmy z Łukaszem ogólnopolski konkurs (konkurs SARP na projekt cmentarza w Szczecinku w 2005 roku – przyp. aut.). Gdy Łukasz w końcu zrobił uprawnienia, miesiąc później siedzieliśmy w samolocie do Irlandii. Wszyscy pukali się w czoło, bo w międzyczasie dostałam w Gdańsku propozycję pracy za świetne pieniądze dla zagranicznej firmy, która wówczas wchodziła na lokalny rynek. Intuicja podpowiadała mi jednak, że powinniśmy spróbować swoich sił zagranicą. Już teraz nawet nie pamiętam, dlaczego ostatecznie zrezygnowaliśmy z Holandii. Chyba uznaliśmy, że lepiej będzie pracować „po angielsku”. Poza tym w Irlandii mieliśmy znajomych i łatwiej nam było z logistyczną stroną wyjazdu. Plan miałam taki, żeby najpierw zdobyć trochę doświadczenia, a potem zahaczyć się w jakiejś superfirmie, najlepiej w Londynie. Ale ta superfirma zdarzyła się od razu.

Czyli biuro Heneghan Peng Architects było Twoim pierwszym miejscem zatrudnienia w Irlandii?

Tak, miałam sporo szczęścia. Ale generalnie w Irlandii było wtedy, czyli około 2006 roku, bardzo dużo miejsc pracy do wzięcia. Tym bardziej był widoczny wielki kontrast z Polską.

Tak. U nas wtedy krążył taki dowcip: Co mówi architekt, który ma pracę do bezrobotnego architekta?: – Z keczupem, czy bez?

Właśnie! U nas bryndza, a w Irlandii taki boom budowlany, że lokalni architekci nie byli w stanie go ogarnąć. W całym kraju działały wówczas zaledwie dwie czy trzy szkoły architektury, które wypuszczały łącznie może 50 absolwentów rocznie. A budowano kolosalne ilości biurowców i mieszkaniówki. Przez rok czy dwa po przyjeździe odbierałam jeszcze telefony od headhunterów z pytaniem, czy nie mam znajomych architektów z Polski, nawet niemówiących po angielsku. Działały wtedy wielkie biura, zatrudniające po 200 osób. Niektóre miały wręcz polskie oddziały. Dostałam kilka propozycji pracy i wybrałam oczywiście tę najgorzej płatną, ale za to najbardziej ekscytującą. W Heneghan Peng Architects prowadzono akurat nabór do zespołu w związku z wejściem w kolejny etap projektu Wielkiego Muzeum Egipskiego. Wraz ze mną pracę zaczynały 3-4 inne osoby. Trafiłam do kapitalnej ekipy i w wir najbardziej niesamowitej przygody projektowej, jaką mogłam sobie wyobrazić.

Do którego etapu doprowadziłaś projekt muzeum w Kairze?

Praktycznie do końca, do dokumentacji przetargowej. Trwało to ponad trzy lata, a weszłam w projekt na etapie dopięcia koncepcji, gdy była ustalona geometria i konstrukcja. To trzeba było dopiero przełożyć na język architektury, na konkretne myślenie o materiałach, podziałach i rozwiązaniach technicznych. Dla mnie, praktycznie „zielonej” architektki, to był kosmos! Trafiłam najpierw do zespołu zajmującego się fasadami, które później prowadziłam już do końca, dla prawie całego obiektu. Od początku nas, „świeżaków”, rzucano na głęboką wodę. Na przykład byliśmy wysyłani na rozmowy z prawdziwymi gwiazdami inżynierii. Pamiętam, jak niedługo po rozpoczęciu pracy poszłam na spotkanie z Francisem Archerem z ARUP i miałam z nim ustalać szczegóły projektu jak równy z równym! Do tego wszyscy mówili z różnymi, silnymi brytyjskimi akcentami. Przez te egzotyczne dla mnie wymowy na początku największy problem miałam z rozmowami przez telefon. Wtedy też okazało się, co jest największym wyzwaniem, gdy trzeba pracować w innym języku. Wyjeżdżając obawiałam się ograniczonej znajomości nazw materiałów czy elementów budowlanych, a tymczasem najtrudniejsze było określanie relacji przestrzennych między poszczególnymi elementami. Szczególnie, gdy musiałam opisać je przez telefon… Niesamowita była skala tego wszystkiego. Pracowałam przy projekcie prawdopodobnie największego muzeum na świecie, od razu z dużą odpowiedzialnością za konkretną część projektu i we współpracy z najlepszymi branżystami: z londyńskim ARUP projektującym konstrukcję, paryskim RFR – fasady, Bruce Mau Design – identyfikację wizualną czy austriackim Bartenbach Lichtlabor odpowiedzialnym za oświetlenie. Kiedyś policzyłam, że prace nad tym projektem toczyły się na pięciu kontynentach jednocześnie. Zdarzało się, że wysyłaliśmy materiał Australijczykom na ich początek dnia, oni odsyłali go na koniec pracy i mogliśmy od rana działać dalej. To była niesamowicie ekscytująca i rozwijająca praca. Jak sobie tylko pomyślę, ile wyprodukowaliśmy dokumentacji i ile tam było po drodze potu i roboczogodzin!

Jak długo pracowałaś w Irlandii?

Na miejscu około siedmiu lat, ale potem jeszcze trzy lata zdalnie, już z Gdańska. Prace nad projektem egipskim trwały prawie trzy lata, potem zaczęłam pracować przy Centrum Obsługi Turystów w Giant's Causeway w Północnej Irlandii. Projektowałam tam m.in. fasady z bazaltowych bloków. Potem była modernizacja Galerii Narodowej w Dublinie, wiktoriańskiego budynku – moja pierwsza styczność z konserwacją. I na końcu Muzeum Palestyny, nagrodzone Aga Khan Award – spełnienie moich marzeń. Gdy kończyliśmy nad nim pracę, przeniosłam się już do Polski. Potem wrócił Egipt, gdy okazało się, że jestem ostatnią osobą z dawnego zespołu, która nadal pracuje w firmie i pamięta jeszcze ustalenia projektowe. Zajmowałam się więc doradztwem podczas realizacji, w tym koordynacją międzybranżową, gdy okazywało się, że trzeba wprowadzić jakieś zmiany. Zaczęłam pracę nad tym projektem w 2006 roku, a otwarcie planowane jest dopiero na przyszły rok. W międzyczasie wydarzyła się egipska rewolucja, a ostatnio pandemia opóźniła roboty wykończeniowe. Potem prowadziłam projekt Narodowego Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie. I musiałam nauczyć się języka.

Nad tym projektem także pracowałaś zdalnie?

Tak, nie musiałam latać do Moskwy, mieliśmy wsparcie projektowe na miejscu. Wygraliśmy konkurs i wtedy okazało się, że bez filii w Rosji nie jesteśmy w stanie dostać pełnego zlecenia na dokumentację. Ostatecznie przygotowywało ją lokalne biuro – dbało o to, żeby projekt był dostosowany do lokalnych realiów i przepisów, a my czuwaliśmy nad realizacją głównej idei. To była dla mnie pierwsza styczność ze Wschodem, oprócz oczywiście Bliskiego Wschodu. Po Irlandii przyzwyczaiłam się do zachodnich standardów, a w Rosji wszystko działało inaczej. Praktycznie nie istniało sprawne zarządzanie projektem. Lokalne biuro było duże, ale bez jakiejkolwiek optymalizacji pracy i komunikacji. Stałam się „łącznikiem kulturowym”, ale nie mając polskiego doświadczenia, nie zawsze wiedziałam o co chodzi. Dzwoniłam wtedy do polskich znajomych, pytałam, jak coś działa w Polsce i wiedziałam, że w Rosji będzie tak samo, tylko „bardziej”. Po tej współpracy byłam od razu przygotowana do pracy w Polsce... Potem biuro Heneghan Peng otworzyło filię w Berlinie, z którą współpracowałam z Polski, głównie zdalnie, ale czasem jeżdżąc do Niemiec i Irlandii. Wspierałam zespół złożony z mniej doświadczonych architektów, którzy z kolei wspierali mnie językowo, bo znam tylko podstawy niemieckiego. Te skoki między językami były przez pewien czas zabawne, ale na dłuższą metę męczące.

A dlaczego w ogóle zdecydowałaś się wrócić do Polski?

Właściwie to nie chciałam wracać. Poskładało się jednak kilka czynników, które razem zdecydowały o powrocie. Po pierwsze, musieliśmy z Łukaszem obronić doktoraty. Pisać na odległość jeszcze można było – wprawdzie zajęło mi to osiem lat zamiast czterech, bo pisałam z doskoku, cały czas intensywnie pracując projektowo – ale już cyklu egzaminów i obrony na odległość przeprowadzić się nie dało. Po drugie, miałam już trochę dosyć rozłąki. Mnie wielki irlandzki kryzys 2008 roku nie dotknął, bo zajmowałam się międzynarodowymi projektami, ale upadła firma, w której pracował Łukasz. Przeniósł się wtedy na Politechnikę Gdańską i żyliśmy pomiędzy Irlandią a Polską, trochę razem, a trochę osobno. Stało się to męczące. Po trzecie, byłam ciekawa Polski. Czułam, że jeśli nie wyjedziemy, nie zobaczymy, jak bardzo się zmieniła i nie będziemy mieli żadnej skali porównawczej. Nie nazywaliśmy tego nawet „powrotem”, bo wrócić można w to samo miejsce, a wiedzieliśmy, że po wejściu do Unii wiele się zmieniło. Poza tym miałam możliwość zdalnej pracy i poczucie bezpieczeństwa – w dowolnym momencie mogłam wrócić do Dublina. No i po czwarte, potrzebowaliśmy zmiany. W międzyczasie Łukasz był na rocznym stypendium na MIT, więc pojechałam do niego na kilka miesięcy urlopu, aby kończyć doktorat. Ta przerwa kazała mi się zastanowić, czy naprawdę chcę wracać do projektowego kieratu. Lubiłam to, ale czy chciałam spędzić resztę życia nad projektami? Może powinnam poszukać jednak innej ścieżki? I to był splot okoliczności, który sprawił, że zdecydowaliśmy się na Polskę.

I jak widać okazało się, że jest tu na tyle dobrze, że nie uciekłaś do Dublina, nie skorzystałaś z koła ratunkowego.

Ale gdyby nie ten spadochron, który pozwolił mi na dość łagodne lądowanie w Polsce, to nie wiem, czy nie chciałabym uciec. Fakt, że mogłam pracować cały czas w tych warunkach, które znam, według standardów, które są dla mnie akceptowalne, sprawił, że to przejście okazało się znośne. Gdybym miała nagle zacząć pracę w polskim biurze, nie jestem pewna, czy nie uciekłabym z krzykiem...

Wróciłaś i obroniłaś doktorat. Zaintrygował mnie jego tytuł: Społeczeństwo konsumpcyjne a zrównoważone mieszkalnictwo. Z tego, co wiem, nie kontynuowałaś później tej ścieżki.

Nie, obroniłam się i wpadłam w inne tryby. Sam temat kształtował się dość długo. Ostatecznie ustaliłam go dopiero w Dublinie, gdy okazało się, że zjawiska, o których wcześniej mogłabym co najwyżej czytać, przeżywałam na własnej skórze. Najpierw zdarzył się tam ogromny boom budowlany, który napompował bańkę na rynku nieruchomości. Potem bańka pękła i nagle się okazało, że nieruchomości wcale nie są czymś tak stabilnym, jak wszystkim się wydawało. Zainteresowało mnie, co sprawia, że ludzie podejmują konkretne decyzje mieszkaniowe. Dlaczego decydują, że wynajmą albo kupią nieruchomość, dlaczego wybierają dom z ogródkiem albo mieszkanie, czy będzie ono małe czy duże, nowe czy z rynku wtórnego. Okazało się, że możliwych wariantów jest ogromnie dużo, a przy ich wyborze występują praktycznie wszystkie zjawiska typowe dla społeczeństwa konsumpcyjnego i dla konsumpcji produktów znacznie mniej ważnych i tańszych od mieszkań. Na przykład tzw. owczy pęd, który sprawia, że jeżeli wszyscy wokół na coś się decydują, to też musimy, bo inaczej będziemy mieli poczucie straty. Okazało się, że nawet decyzje, których konsekwencje będzie się ponosić przez kolejne 30 lub więcej lat, nierzadko podejmuje się bezrefleksyjnie lub przypadkowo. A są one naprawdę kluczowe: dotyczą lokalizacji, stylu życia, środowiska. W swojej pracy szukałam tzw. poziomu refleksyjności, czyli świadomości tego, jak decyzja o sposobie zamieszkania będzie wpływać na środowisko, na otoczenie i na świat. Chciałam się dowiedzieć, jakie strategie będą skutecznie wpływać na trafny wybór miejsca zamieszkania. Poszukiwałam też odpowiedzi na pytanie, czym powinno charakteryzować się zrównoważone mieszkalnictwo, aby stanowiło przekonujący towar.

Może powinnaś opublikować gdzieś wnioski. Wydaje się, że teraz taka strategia bardzo by nam się przydała. Możesz coś zdradzić?

Na przykład, jeżeli chodzi o osoby o najniższym poziomie zamożności, to kluczowe jest, żeby standardy ekologiczne spełniało mieszkalnictwo publiczne. Istotne jest uświadamianie i programy edukacyjne, bo tylko dzięki nim będzie społeczne przyzwolenie i społeczna potrzeba, żeby dotowane budownictwo mieszkaniowe było ekologiczne. Z drugiej strony, jeżeli chodzi o najbardziej zamożnych, to rozwiązania adresowane do nich muszą być „sexy” i najlepiej, żeby stała za nimi jakaś opowieść.

Doktorat obroniłaś w 2013 roku i od tego czasu pracujesz na gdańskim wydziale architektury. Od 2015 roku prowadzisz dodatkowo wraz z Łukaszem Pancewiczem architektoniczno-urbanistyczną pracownię A2P2.

Tak, na uczelni pracowałam najpierw dorywczo, po pewnym czasie przeszłam na etat. Firma została zarejestrowana w 2015 roku, ale na początku raczej z powodów formalnych, bo przez kolejne dwa lata pracowałam jeszcze głównie dla Dublina. Potem stopniowo zaczęłam zajmować się własnymi zleceniami, żeby wdrożyć się trochę w polskie realia. Prawdziwy start A2P2 to dopiero wiosna 2018 roku, gdy wynieśliśmy się z pracą z domu, przenieśliśmy do biura i mogliśmy zacząć budować zespół.

Chciałam jeszcze pociągnąć wątek edukacyjny. Powiedz, jak wyzwolić zbiorową kreatywność. Widziałam, że prowadziłaś kiedyś wykład o tym tytule i temat bardzo mnie zaintrygował.

Zaczęły nas z Łukaszem w pewnym momencie nudzić typowe zajęcia projektowe, gdzie każdy robi sam lub w małej grupie właściwie to samo. Bardzo nam brakowało tego, czego miałam tak dużo w Dublinie – ścisłej, intensywnej zespołowej współpracy. Dlatego raz, na zasadzie eksperymentu z grupą anglojęzyczną, w której oprócz Polaków byli studenci z Erasmusa, przeprowadziliśmy tzw. live studio, w którym wszyscy pracowali razem. Łukasz wtedy był zatrudniony jako planista w Miejskiej Pracowni Urbanistycznej w Łodzi i tylko raz w tygodniu przyjeżdżał na te zajęcia, więc na warsztacie mieliśmy akurat łódzki temat. Było to Stare Polesie, dosyć zaniedbana dzielnica, ale położona w samym centrum miasta. Okazało się, że gdy ponad 30 osób zabierze się za jeden projekt i będzie pracować razem, to efekty są zwielokrotnione w porównaniu do tego, co każda z małych grup mogłaby zrobić oddzielnie. Ważne było dla nas, aby nie skupiać się tylko na rozwiązaniach projektowych, ale żeby przeprowadzić symulację pracy nad prawdziwym projektem w prawdziwym biurze. Oprócz zespołów tematycznych zajmujących się sprawami społecznymi, architektonicznymi czy urbanistycznymi, był też powołany tzw. glue team, czyli zespół, który sklejał wszystko w całość. Wszystkie role w grupie objęli studenci. Sami podejmowali decyzje, kto w jakim zespole będzie, a na koniec oceniali się wzajemnie. Czasami niektórzy się wahali czy sprawdzą się w danej roli, a my zawsze zachęcaliśmy: teraz możecie popełniać błędy bezkarnie, w pracy nie będzie tak łatwo. Jeżeli chcecie przetestować się w jakiejś roli, ale nie wiecie, czy dobrze się w niej poczujecie, po prostu sprawdźcie, zawsze można zmienić zespół. W ten sposób udało nam się wyłuskać kilka niezłych talentów menedżerskich. Niektóre z tych osób teraz pracują z nami w A2P2.

No dobra, ale co z tą kreatywnością? Jak ją wyzwolić?

Przede wszystkim należy zbudować strukturę, która pozwala na bardzo bliską współpracę pomiędzy zajmującymi się różnymi warstwami zespołami. Staramy się budować strukturę organizacyjną, która nie będzie nadmiernie hierarchiczna, chociaż pewna hierarchia na poziomie koordynacji i komunikacji jest oczywiście potrzebna, zwłaszcza w dużej grupie. Nie da się przecież rozmawiać naraz z 45 osobami, więc potrzebni są emisariusze. Najważniejszy jest jednak dialog, bo najciekawsze dzieje się na styku, pomiędzy ludźmi i pomiędzy dyscyplinami. Zadajemy pytania problemowe, które mają pomóc w poszukiwaniach, ale nie dajemy rozwiązań, wspieramy tylko we współpracy i nakierowujemy na odpowiednie tory. Mam wrażenie, że zespołowa kreatywność najbardziej wybucha, gdy ludzie odkrywają, że nie powstaje projekt złożony z oddzielonych kawałków, ale że te kawałki bardzo szczelnie się przeplatają. Studenci to bardzo szybko wyłapują. To niesamowite doświadczenie. Machina, którą najpierw trzeba trochę naoliwić i pokazać, w którą stronę ma jechać, sama się już potem toczy po wyznaczonych torach. Niezwykłe jest przyglądanie się, jak w ciągu 15 tygodni bardzo młodzi ludzie uczą się organizacji pracy i ta kreatywność rzeczywiście aż eksploduje.

Chciałam zapytać jeszcze o jedną zmianę w Twoim życiu. Bo oprócz tego, że zmieniłaś Irlandię na Polskę, to zmieniłaś zawód architektki na pracę urbanistki. Tu też miałaś jakieś obawy i koło ratunkowe?

Nie czuję się urbanistką.

To ciekawe, bo gdy obserwuję czym się zajmujecie, to w tym prawie nie ma projektowania architektonicznego…

Ciągle uważam, że urbanista to zawód, który wymaga konkretnego doświadczenia i wiedzy, zwłaszcza tej z zakresu prawa. Jakoś się z tym nie identyfikuję. Czuję skalę miasta, ale jest taki moment, kiedy przestaję ją ogarniać. Dlatego pracujemy wspólnie z Łukaszem, co zresztą zawsze chcieliśmy robić. Czasem żartujemy, że w naszym przypadku 1 plus 1, to więcej niż 2. Mamy inne doświadczenia zawodowe i inne wykształcenie, ale zawsze było między nami dużo interakcji: wspólnego jeżdżenia na wakacje, gdzie analizowaliśmy i architekturę, i urbanistykę, dzielenia się przemyśleniami, lekturami. A z drugiej strony Łukasz teraz też nie zajmuje się takimi stricte urbanistycznymi rzeczami. Doradza co prawda przy studiach uwarunkowań, ale od paru lat „nie dotykał” planu miejscowego.

Strasznie zubożyłaś zawód urbanisty!

To pewnie przez tradycyjne rozumienie, że architekt projektuje domy, a urbanista robi plany miejscowe.

Nie mogę się z tym zgodzić. Zawód urbanisty to przecież o wiele więcej! Dla mnie, to co robicie, to są właściwie głównie urbanistyczne zadania: doradztwo, consulting, woonerfy, masterplany… Swoją drogą fajnie jest śledzić, jak się rozwijacie. Że właściwie stworzyliście sobie taką – w moim rozumieniu – urbanistyczną niszę. Trudno było?

Piekielnie trudno. Cały czas irracjonalnie się boję, że fakt, że mamy zlecenia teraz, a właściwie bez przerwy od dwóch lat, nie znaczy, że będziemy je mieć zawsze. Że może to jakiś przypadek? A w tej niszy jest nam bardzo dobrze. Zawsze wiedzieliśmy, że są rzeczy, które chcielibyśmy robić, ale takich zleceń w ogóle nie było! Trzy lata temu zgłosiliśmy się do gdańskiego inkubatora przedsiębiorczości, który akurat organizował wsparcie dla początkujących biznesów kreatywnych. W projekcie uczestniczyli m.in. ludzie od fotografowania dronem, właściciele escaperoomów czy przedstawiciele rękodzieła. I w tym my – naprawdę ogromny rozstrzał tematyczny. Dzięki temu, że musieliśmy wyjść poza swoją branżową bańkę, otworzyły się nam głowy, jak możemy myśleć o produktach i o usługach, co chcemy oferować. Na koniec tworzyliśmy listę zadań, którymi chcielibyśmy się zajmować, ale wydawało się to prawie niewykonalne. Mentorzy pomogli nam wtedy określić naszych potencjalnych klientów i sposoby dotarcia do nich. Parę miesięcy temu odhaczyliśmy ostatnią pozycję z tej listy. Wszystko się udało i te nietypowe zlecenia po prostu nagle zaczęły się pojawiać. Każde pociąga za sobą następne, z każdym kolejnym doświadczeniem mamy lepszą bazę, łatwiej nam szukać i startować w przetargach, a do tego jesteśmy bardziej rozpoznawalni i polecani. Świetnym doświadczeniem na starcie i torpedą, która nas popchnęła na rynek, był międzynarodowy konkurs na masterplan dla Stoczni Cesarskiej w Gdańsku, który wygraliśmy jako część zespołu powołanego przez skandynawskie biuro Henning Larsen. Dostaliśmy wtedy dwie propozycje współpracy, z Danii i Holandii, i długo zastanawialiśmy się kogo wybrać. Znów intuicja wskazała najlepszy kierunek. To był pierwszy masterplan, za który się zabraliśmy, a tu od razu pierwsze miejsce, duży szum w mediach i spory rozgłos. To nas od razu ustawiło jako markę, a byliśmy dopiero świeżo po decyzji o rozwinięciu działalności i zrobieniu strony internetowej.

Oprócz projektowania, zajmujesz się również pisaniem. Prowadzisz blog six letter city…

Coraz mniej regularnie…

Dostałaś nominację w plebiscycie Osobowości 25-lecia „Architektury-murator” w kategorii publicystyka i krytyka architektoniczna. Jak przy tym wszystkim znajdujesz jeszcze czas na pisanie?

Z jednej strony jest coraz trudniej, ale z drugiej – piszę coraz szybciej. Był taki moment po kilku latach w Irlandii, gdy zauważyłam, że nie jestem na tyle biegła w angielskim, żeby w nim pisać więcej i swobodniej, bo nie jestem „nativem”, ale że równocześnie zaczynam tracić polski. To było bardzo frustrujące. Nagle poczułam, że w żadnym z języków nie czuję się w stu procentach komfortowo. I wtedy założyłam blog: żeby się rozpisać. Wiedziałam też, że mam do opowiedzenia dużo ciekawych historii. Piszę również od bardzo dawna do „A-m”, więc mam doświadczenie, które sprawia, że robię to szybko. Stawki w pisaniu o architekturze są takie, że trzeba to zajęcie traktować trochę jak hobby. Gdy wróciłam do Polski i obroniłam doktorat, dałam sobie rok na to, żeby zająć się naukowym researchem. Chciałam sprawdzić, czy odnajdę się w świecie akademickim. Po tym roku zdecydowałam, że nie chcę zajmować się nauką, mój temperament nie pasuje do tego rodzaju pracy. Na uczelni odpowiada mi tylko dydaktyka. Potrzebuję szybkich strzałów, szybkich obserwacji, szybkiego rozwiązania problemu.

Powiedz, jakie masz plany na przyszłość.

Firma! A2P2 to teraz najważniejsza dla nas rzecz. Priorytet!

Podbój świata, filia w Moskwie?

Bez filii w Moskwie też będzie OK. Prowadzenie firmy to najcięższa robota, jaką potrafię sobie wyobrazić. Zawsze mi się wydaje, że już bardziej się nie da, a potem znowu przychodzi moment, że jest bardziej. To absolutnie wyczerpujące doświadczenie, najtrudniejsze w moim zawodowym życiu, ale też jednocześnie niesamowicie satysfakcjonujące!

To, że firma jest dla Was ważna i że wierzycie w rzeczy, które robicie, widać również w Waszych codziennych wyborach. W ogóle nie używacie samochodu. Jak Wam się to udaje w Polsce AD 2020, poza Warszawą?

To był jeden z warunków mojego powrotu do Polski. Chciałam tu żyć „jak na Zachodzie”, czyli m.in. bez samochodu. Udało nam się tak zorganizować życie i pracę, że funkcjonujemy w gdańskim Wrzeszczu w trójkącie dom – politechnika – pracownia, gdzie najdłuższa odległość to 20 minut pieszo lub 10 minut rowerem. A gdy z biura jadę rowerem i akurat mam zielone światło, to na uczelni jestem w dwie minuty. Więc po prostu nastawiliśmy się na ten sposób przemieszczania. Jeśli chodzi o projekty, to pracujemy w całej Polsce, ale zanim weźmiemy się za jakiś przetarg, sprawdzamy, czy w danym miejscu jest sprawne połączenie kolejowe. I tyle. To nie znaczy, że nie zdecydowalibyśmy się na jakieś zlecenie tylko dlatego, że lokalizacja jest niedogodna. Niektórzy nasi pracownicy mają samochody i czasem z tego korzystamy. Ale jeszcze zanim zatrudniliśmy zespół, wydarzyła się taka sytuacja, że Łukasz musiał pojechać do małej gminy na Pomorzu, gdzie nie dało się dotrzeć transportem publicznym. Zapakował rower do pociągu i ostatni odcinek pokonał w ten sposób. Dało się. Może byłoby inaczej, gdybyśmy jeździli na budowy, ale przy specyfice naszej pracy, jest to do ogarnięcia. A teraz, gdy przyszedł Covid, wielu klientów przestawiło się na zdalny kontakt.

Właściwie wiem, że jesteś architektką i tak o sobie mówisz, ale czy zawsze tak było?

Jestem architektką, szczególnie od czasu, gdy Magda Biejat użyła formy gościni i została obrzucona za to stekiem wyzwisk. Wkurzyłam się i obiecałam sobie, że już nie będę mówić o sobie inaczej niż „architektka”. Kiedyś nie miałam tego dylematu: w Dublinie byłam anglojęzyczną architect. Po powrocie do Polski musiałam odnaleźć siebie w naszym języku i na początku mi to „ktk” nie brzmiało. Potem zaczęły się ruchy promujące feminatywy. To dla mnie ciekawe doświadczenie – ile potrzeba czasu, żeby się z czymś osłuchać. Teraz mnie to już absolutnie nie drażni.

Czy Twoim zdaniem używanie żeńskich form w naszym zawodzie jest ważne?

Dla mnie tak – to pewnego rodzaju deklaracja. Jeżeli używam takiej formy, wprowadzam ją we wspólną przestrzeń i aktywnie sprawiam, że ktoś inny pasywnie się z nią osłuchuje i w końcu przestaje go drażnić. Ostatnio, przy jakiejś notce biograficznej, pewna redakcja w korekcie wykreśliła mi słowo „członkini”. Odpisałam, że nie wiem, o co chodzi, ale członkiem to ja na pewno nie jestem.

Monika Arczyńska, współzałożycielka A2P2 architecture & planning, gdańskiej firmy konsultingowo-projektowej zajmującej się m.in. masterplanami, przestrzeniami publicznymi i działaniami partycypacyjnymi. Adiunktka na Politechnice Gdańskiej i członkini Miejskiej Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej w Gdańsku. W latach 2006-2017 związana z Heneghan Peng Architects, gdzie projektowała budynki użyteczności publicznej, m.in. nagrodzone Aga Khan Award Muzeum Palestyny, Wielkie Muzeum Egipskie, Narodowe Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie i Centrum Obsługi Turystów Giant’s Causeway w Północnej Irlandii. Współpracuje z „Architekturą-murator”, A&B” i czeskim „INTRO”. Fot. archiwum Moniki Arczyńskiej

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum