Inny model uprawiania zawodu: Agata Twardoch

2021-01-20 15:36 Rozmawiała: Aleksandra Wasilkowska
Agata Twardoch
Autor: Fot. archiwum własne Agata Twardoch

Nasz zawód może być realizowany na wiele różnych sposobów. Ten kobiecy może być inny, ale ważne, żeby nie był traktowany jako gorszy. Agata Twardoch, inicjatorka i autorka cyklu Architektki, o swojej pracy badawczej i rozumieniu architektonicznej profesji.

Aleksandra Wasilkowska: Mieszkanie to temat, który od lat wnikliwie badasz pod różnymi kątami. Napisana przez Ciebie książka System do mieszkania to najobszerniejsza wydana w ostatnich latach analiza przestrzennej polityki mieszkaniowej w Polsce. Czy ta intelektualna obsesja dotycząca mieszkalnictwa wynika z Twoich osobistych doświadczeń? Gdzie jest źródło tej fascynacji?

Agata Twardoch: Moim pierwszym pomysłem było studiowanie medycyny. To się z różnych powodów nie udało. Ale zostało mi humanistyczno-socjologiczne ujęcie stawiające człowieka w centrum i pewnie stąd takie zainteresowanie mieszkaniówką. Poza tym moja fascynacja ma jeszcze dwa źródła. Pierwsze, czysto formalne, związane jest ze Śląską Szkołą Architektury, której rozkwit zbiegł się z moimi studiami. Moimi profesorami byli wtedy między innymi Jan Kubec, Andrzej Duda, Henryk Zubel i Jerzy Witeczek, którzy mieszkaniówkę traktowali bardzo formalnie i modułowo. Teraz pewnie bym to krytykowała, ale wtedy takie eksperymenty myślowe były pociągające - to składanie modułów, szukanie powtórzeń, formalna zabawa. No i rzeczywiście, gdy robiłam dyplom, byłam przekonana, że muszę projektować mieszkaniówkę, najchętniej socjalną. Pociągała mnie myśl, że projektując mieszkania kształtuje się ludziom życie. Potem trochę przypadkiem trafiłam na studia doktoranckie do Katedry Urbanistyki, co na początku było strasznym zdziwieniem – wtedy wolałam projektować raczej detal niż miasta. Ale gdy weszłam w teorię i zaczęłam czytać Syrkusową, Brukalską, Jałowieckiego, Sennetta, Mumforda, Halla, Lefebvra, Castellsa i tak dalej, pochłonęło mnie to w całości. Stwierdziłam, że urbanistyka jest znacznie ciekawsza niż architektura i to nią będę się zajmować, choć dziś, jak się wydaje, granice między nimi się trochę zacierają. Wracając jeszcze do Twojego pytania o doświadczenia osobiste – mimo że nie miałam nigdy żadnych złych mieszkaniowych doświadczeń, najgorsze co mnie spotkało to wspólny pokój z bratem w mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty, czyli żadne prawdziwe nieszczęście, to jednak długo miałam głębokie przekonanie, że bezdomność jest realnym zagrożeniem. Nie mam zielonego pojęcia, skąd takie uczcie strachu i lęku, ale po prostu zawsze żyłam w przekonaniu, że mieszkanie zdobyć jest niesamowicie trudno. Po drodze rzeczywiście raz trafiłam na realny problem mieszkaniowy, bo gdy skończyłam studia i chcieliśmy z mężem gdzieś zamieszkać, a to były akurat lata 2005-2006, to ceny mieszkań i najmu tak poszły w górę, że nie było nas stać na nic, nawet w Gliwicach. Stąd do tej pory mieszkam pod miastem. Strachu przed bezdomnością pozbyłam się tak naprawdę dopiero niedawno.

Czytaj też: Mieszkanie po polsku 1945-2018 |

Jeszcze podrążę wątek osobisty, bo zawsze interesowała mnie relacja pomiędzy teorią a praktyką. Bardzo ciekawie piszesz o tym, że należy budować scenariusze, które pozwolą niekoniecznie mieć mieszkanie na własność, czy na kredyt, ale na przykład wynajmować. Dziś stało się ono towarem i lokatą kapitału niczym złoto, rynek najmu nie jest w Polsce w żaden sposób regulowany. Alternatyw wobec posiadania jest niewiele. Jak dziś mieszkasz? Czy to jest mieszkanie wynajmowane, na kredyt, własne, po babci?

Mieszkam w domu wybudowanym na kredyt, który będę spłacać do 75 roku życia, więc może pozbycie się lęku o bezdomność było trochę przedwczesne. Do tego jest to dom pod miastem. Moje mieszkanie jest więc dalekie od ideału mieszkania dostępnego, o którym piszę. Ale moje doświadczenie to doświadczenie całego pokolenia – 15 lat temu, wszyscy myśleli, że wynajem to jedynie stan przejściowy i ostateczność, a kredyt to jedyny właściwy model. Mnie interesuje badanie tych relacji. Szukam przyczyn tego stanu. Cały czas też podkreślam, jak ważna jest możliwość wyboru i stworzenie systemu, który będzie dawać wiele rozwiązań i scenariuszy. Stąd też tytuł mojej książki. Wiem, że nie wszystkie rzeczy da się zmienić oddolnie, to jest trochę tak jak z miastami i przystosowaniem ich do funkcjonowania pieszo-rowerowego. Rzeczywiście są tacy herosi, którzy zaczynają jeździć rowerem po mieście zupełnie do tego nieprzystosowanym, zimą i po trójpasmowej drodze, ale jest ich zawsze niewielu. I są raczej jedynie jaskółkami zmian. Dopiero musimy przeorganizować system: zrobić dobre autobusy, szerokie drogi rowerowe i całą infrastrukturę, żeby oczekiwać, że społeczeństwo podąży tą drogą. W systemie mieszkaniowym jest podobnie. Wynajmowanie mieszkania w warunkach prywatnego rynku od prywatnych właścicieli jest poniekąd nielogiczne i wszyscy sobie z tego zdają sprawę, bo rzeczywiście często płacąc czynsz, po prostu spłacamy komuś kredyt. Główne przesłanie mojej pracy jest więc takie, że bardzo ważne jest, żeby część mieszkań była wyjęta poza system finansowy. I wtedy, jeżeli ktoś chce traktować mieszkanie jako inwestycję, to oczywiście jest to możliwe, ale musi być też taka pula, która jest przeznaczona po prostu do mieszkania, niefunkcjonująca jako towar. Możemy mówić wówczas o zrównoważeniu na rynku. Rynek najmu może być konkurencyjną, równoprawną alternatywą dla własności, jeśli będzie zapewniać poczucie bezpieczeństwa, którego każdy z nas szuka. A paradygmat mieszkania własnościowego można negocjować i dyskutować, bo własność mieszkaniowa to nie jedyny możliwy model. To jakiś pierwszy krok w stronę zmiany systemu.

W Niemczech czy Austrii rynek najmu jest odgórnie regulowany. Właściciel może podnieść czynsz rocznie tylko o ok. 2%. Ochrona lokatorska jest w tych krajach czymś oczywistym i daje poczucie bezpieczeństwa najmującemu. Z kolei w Paryżu każda dzielnica ma obowiązek utrzymania zasobów HLM (mieszkań o niskim czynszu) na poziomie ok. 20%. Jeśli tego nie robi, płaci potężne kary. W książce przytaczasz wiele ciekawych praktyk związanych z mieszkaniem dostępnym. Ale najbardziej wstrząsnęła mną informacja, że tak naprawdę nie potrzebujemy więcej mieszkań. Piszesz, że należy zerwać z paradygmatem ilościowym w związku z depopulacją Polski. W 2050 roku jedna trzecia Polaków to będą staruszkowie i będzie nas o kilka milionów mniej niż dziś. Jak powinien wyglądać „system do mieszkania” w tej perspektywie?

Potrzebujemy polityki mieszkaniowej, która będzie uruchamiać potencjał, który już mamy i potrzebujemy narzędzi, które zwiększą dostępność mieszkań. Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy wybudować ani jednego nowego mieszkania. Ale wzbudzają we mnie gniew kolejne rozwiązania, których twórcy skupiają się jedynie na liczbie mieszkań, uwalniają nowe grunty, ułatwiają procedury budowlane. To przynosi wielkie szkody środowiskowe i społeczne związane z rozproszeniem zabudowy i wyludnianiem się miast. Mam też głębokie przekonanie, że polityka centralna jest ustalana z poziomu Warszawy, gdzie sytuacja wygląda naprawdę zupełnie inaczej niż w małych miastach. Powinniśmy raczej pracować nad tym, żeby miały one dobrą komunikację z dużymi ośrodkami, żeby tam też powstawały różne instytucje społeczno-kulturalne. Ta ogólna światowa tendencja kurczenia się małych miast i rozrostu dużych jest obecnie nie do zatrzymania. Natomiast da się spowolnić ten nurt i złagodzić jego skutki. Bardzo by mi zależało właśnie na tym, żeby spojrzeć na małe miasta i na ich tkankę wewnętrzną. Na przykład w wyludniającym się Chorzowie powstaje dużo nowych inwestycji osiedlowych na obrzeżach miasta. Teraz będzie zabudowywany kawałek Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, czyli największego polskiego parku, który jest cudem urbanistyki i naprawdę niesamowitym przykładem terenu zieleni w bardzo zurbanizowanym otoczeniu. Władze miasta zamiast chronić to, co mają najcenniejszego, zaczynają po kawałku wykrawać obszary pod nowe mieszkania, kiedy w tkance miejskiej jest ich naprawdę dużo. Więc pojawia się pytanie o strategiczne decyzje rozwojowe i o sensowność inwestycji. Po co inwestować w nowe drogi i dociągnięcie infrastruktury do nowych zespołów, tracąc przy okazji to, co mamy cennego, jeżeli moglibyśmy zainwestować w poprawę jakości tego, co już istnieje?

W Twoich tekstach pojawiły się ostatnio bardzo ciekawe pomysły na centrum miast po pandemii. Przytaczasz przykład recyklingu infrastruktury istniejących budynków, polegający na przerabianiu galerii handlowych na mieszkania. A widzimy już jak handel podczas pandemii przeniósł się do internetu. Czy takie hybrydy w ogóle są możliwe?

Rzeczywiście widzę wielki potencjał miasta do przyjmowania nowych form zamieszkiwania, których jest bardzo dużo. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że mieszkanie to jest M1, M2, M3, które zazwyczaj wyglądają podobnie, to znaczy mamy podobne układy budynków, podobne układy mieszkań. Są między nimi pewne różnice, ale nie ma tutaj rewolucyjnych różnic strukturalnych. A ludzie są bardzo różni. Zmieniła się przecież forma gospodarstw domowych, to nie są już koniecznie modele 2+2 czy 2+1. Jest tych form bardzo dużo: single, quirkalone, grupy przyjaciół, pary nieheteronormatywne, itd. Więc może też być wiele form mieszkań. W ramach pracy nad projektem mojej dyplomantki Katarzyny Nowak, zrobiłyśmy taki eksperyment myślowy: co by było gdyby „włożyć” mieszkania do supermarketu? Także biorąc pod uwagę to, że centra handlowe pojawiły się w Polsce w latach 90., a wymagania wobec nich się od tego czasu bardzo zmieniły. Teraz mamy już czwartą ich generację, w związku z tym te z pierwszej i drugiej nie będą już atrakcyjne jako miejsce handlu, a często mają przecież bardzo dobrą lokalizację. Mall, którym się zajęłyśmy, znajduje się w centrum Sosnowca przy głównym placu, do którego niestety stoi odwrócony tyłem. Przez ostatnie lata uległ pauperyzacji. Znalazły się tam jakieś sklepy typu 1001 drobiazgów, „wszystko za dwa złote”, Pepco, a to wpływa bardzo degradująco na całą okolicę. Jeżeli by natomiast „włożyć" tam mieszkania, to prawdopodobnie całe centrum by z powrotem odżyło. I ten dyplom pokazał, że rzeczywiście jest to możliwe. Chciałyśmy sprawdzić, czy w tej przestrzeni da się zapewnić warunki oświetlenia, wentylacji i generalnie niesubstandardowego życia – i okazuje się, że tak. Oczywiście, pozostaje pytanie o koszty i czy nie byłoby taniej wszystko zburzyć i wybudować na nowo. Natomiast, z przyczyn środowiskowych, jestem zwolenniczką ponownego użycia zawsze, kiedy jest to możliwe. Na świecie są już przykłady przerabiania na mieszkania biurowców. Tu sytuacja jest podobna – biura muszą mieć niesamowicie wyśrubowane standardy, których stare budynki często nie spełniają, ale można je zamienić na mieszkania. W Melbourne już w 1999 roku na mieszkania zamieniono budynek urzędu pocztowego, teraz taki obiekt powstaje w niemieckiej Kolonii. Uwielbiam też różne przykłady mikro-urbanizacji, czyli dogęszczania takich przestrzeni, które pierwotnie nie były do tego przeznaczone. Wszelkie nadbudowy, zabudowywanie bardzo wąskich szczelin, jak dom Kereta, który jest wprawdzie tylko instalacją artystyczną, ale świetnie pokazuje problem. Także mieszkania w infrastrukturze, czyli na przykład pod- i nad mostami. Takie dogęszczanie po pierwsze sprawia, że lepiej wykorzystujemy istniejącą w miastach infrastrukturę techniczną, a po drugie niwelujemy sztuczne podziały funkcjonalne. Założeniem rozwoju miast przecież jeszcze 40, 50 lat temu było ścisłe strefowanie funkcjonalne. Dalej w jakiś sposób dzielimy miasta na funkcje, ale takie historyczne ścisłe strefowanie powodowało, że mamy na przykład całe dzielnice w pewnych porach pustoszejące. A dogęszczanie mogłoby temu zapobiec. Ciekawym przykładem jest Kalkbreite w Zurychu, inwestycja, która dowodzi, że funkcja mieszkaniowa może współistnieć na przykład z funkcją zajezdni tramwajowej. Mamy dziś także fantastyczne rozwiązania technologiczne, które umożliwiają zabudowanie bardzo wąskich szczelin w miastach prefabrykowanymi elementami, bez konieczności wykonywania głębokich wykopów fundamentowych. A zatem zmieniło się społeczeństwo, mamy bardzo dużo nowych metod technologicznych, ale cały czas budujemy takie same domy. Dlatego wydaje mi się, że ten wachlarz możliwości warto poszerzać, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich warunków i jakości życia.

Czytaj też: The Vienna Model. Housing for the twenty-first-century city |

Często odwołujesz się do Nowych Żernik i Warszawskiej Dzielnicy Społecznej jako przykładów dobrej praktyki. Czy poza nimi widzisz postęp, jeśli chodzi o jakość powstających i projektowanych budynków mieszkaniowych? Przyznam, że jestem czasami zaskoczona, kiedy widzę, że w domach, które są nagradzane w konkursach sarpowskich i publikowane, można znaleźć mieszkania bez balkonów, o powierzchni 60 m, doświetlone tylko z jednej strony i mające 15-metrowy korytarz. Jak oceniasz jakość nowej mieszkaniówki?

Widzę rozłam, z jednej strony rzeczywiście jest niewielka grupa deweloperów, którzy doszkalają się pod kątem ekologii i są otwarci na stosowanie rozwiązań bardziej świadomych, ale niestety większość raczej podąża w stronę gorszej jakości. Mam zaprzyjaźnionego wykonawcę, który prowadzi różne prace w mieszkaniach i mówi, że kiedyś w nowych budynkach można było zmierzyć ścianę w dwóch miejscach i wymiary do siebie pasowały, a teraz różnice na jednej ścianie mogą mieć nawet po 6 cm. Przykładów pato-deweloperki jest więcej. Dla mnie najnowszym odkryciem jest Bliska Wola Tower w Warszawie, czyli osiedle z mieszkaniami dla 10 tys. osób na 8 hektarach. Nie ma możliwości, żeby taka inwestycja zapewniła odpowiednie warunki na przykład dla rozwoju lokalnej społeczności. Jeśli te mieszkania powstają tylko jako towar, na którym trzeba zarobić, to ich jakość przestaje być istotna. Kupowane są hurtowo, przez telefon i dla inwestorów naprawdę nie jest istotne to, że coś jest krzywo i brzydko, bo oni tam nie będą mieszkać. Mówi się, że wolny rynek działa jak regulator jakości, ale na sfinansjalizowanym rynku już regulacji nie ma. To duży problem. Powiem jeszcze tylko o Nowych Żernikach, o których mówię dużo i dobrze, bo wreszcie w Polsce powstało coś normalnie, tak jak powinno, czyli zanim pojawiły się budynki, był pomysł na całą dzielnicę. Masterplan, a na jego podstawie plan miejscowy, i dopiero potem parcelacja działek i poszczególne projekty. Tak powinno powstawać miasto, a nie ad hoc – jest wolna działka, więc tu coś wybudujemy. Właściwie jest to bardzo smutne, że najlepszy w Polsce przykład jest najlepszy tylko dlatego, że jest poprawny.

Powiedz mi jak z perspektywy doktorki habilitowanej widzisz wpływ edukacji na jakość mieszkaniówek i nastawienie studentów w ogóle do kształtowania rzeczywistości i zmiany systemu. Czy mają romantyczne wizje młodych, którzy chcą zmieniać świat, czy raczej nastawieni są na sukces i skuteczność rynkową? Jak oceniasz te pokolenia, które już przeszły przez Twoją katedrę?

Zazwyczaj mam bliższy kontakt z ideowcami, którzy mają potrzebę, żeby architektura była czymś więcej niż tylko ładnym obrazkiem. Najprawdopodobniej z powodu tego, czym się zajmuję, kim jestem, do mnie na dyplom nie zgłosi się ktoś, komu zależy, żeby zrobić dyplom wizualnie spektakularny, bez pogłębionej części teoretycznej. Prowadzę też na przykład w ramach fakultetu autorskie seminarium, na które zapisują się osoby zainteresowane rozmową, lekturą i poruszaniem ważnych problemów. Wydaje mi się, że to co jest w mojej pracy ważne, to nie tylko uczenie podstaw urbanistyki, ale także to, że młodym ludziom daję narzędzia do dialogu, do dyskusji. Staram się, żeby mieli jakieś swoje argumenty przeciwko trudnemu i bardzo twardemu argumentowi finansowemu. Poza tym wiemy przecież, że architekci nie zostają tylko architektami, że idą potem do urzędów, do polityki i wtedy mają w wielu sprawach rolę decyzyjną. Zdaję sobie sprawę z ograniczonej roli architekta. Jeżeli trafi na złą działkę, z bardzo liberalnym planem miejscowym i dewelopera, któremu zależy tylko na pieniądzach, to sam tego nie zmieni. To znaczy może nie przyjąć tego zlecenia, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto ten substandard zaprojektuje. No więc jedyną drogą, żeby przeciwdziałać najgorszym rozwiązaniom jest zmiana na poziomie miejskim i na poziomie centralnym. A żeby nastąpiła, muszą być ludzie, którzy będą jej chcieli. Więc edukacja świadomych obywateli, ludzi, którzy doprowadzą do zmiany, to też sens, jaki widzę w swojej pracy. Moja działalność jest szersza, niż tylko praca na samej uczelni. Staram się mówić w sposób przystępny o różnych mechanizmach, właśnie po to, żeby zmieniała się tzw. masa krytyczna. Z nadzieją, że w którymś momencie istotna stanie się potrzeba społeczna, żeby przestrzeń wyglądała lepiej i żeby mieszkania wyglądały lepiej, i żeby powiedzieć: Dosyć! Miasto jest podmiotem, który może o siebie walczyć! Wydaje mi się, że jakieś jaskółki tej zmiany są już widoczne, że z wieloma urzędnikami średniego szczebla da się już inaczej niż kiedyś rozmawiać. Oczywiście, nie znaczy to, że od razu będzie wszystko lepiej, ale ta drobna zmiana gdzieś tam się dzieje. Mamy przecież wielu dobrych architektów, a zatem jeszcze pytanie: czy oni będą mieli narzędzia i czy będą potrafili walczyć o dobrą architekturę w szerszym ujęciu?

Masz bardzo rozległą wiedzę na temat kooperatyw mieszkaniowych. Czy masz w planach wybudowanie takiej kooperatywy i czy mogłabyś powiedzieć parę słów o swojej praktyce architektonicznej? Rzeczywiście zaczynałam praktykę jako architektka. Projektowałam niewielką kubaturę i przestrzenie publiczne. Największym moim projektem była szkoła podstawowa w Gliwicach, która niestety nie powstała. Doba się jednak nie chce rozciągać, więc z czegoś musiałam zrezygnować i skupiłam się na działaniach, w których mogę osiągnąć największą synergię: na edukacji, pracy naukowej i popularyzatorskiej. Współpracuję też z miastami, doradzam i dzielę się swoim know how. Kooperatywy są rzeczywiście czymś dla czego mogłabym wrócić do projektowania, a wiem, że jest coraz więcej osób, które są zainteresowane takimi rozwiązaniami, więc może kiedyś coś z tego wyjdzie. Wiem, że teraz oddział śląski Habitat for Humanity będzie próbować budować kooperatywę mieszkaniową, więc cieszę się, że będzie to pierwszy pokazowy przykład, który może pociągnie za sobą kolejne.

Czy myślisz, że jest szansa, że kooperatywy mieszkaniowe przyjmą się w Polsce? Jesteśmy społeczeństwem, które wciąż uczy się współpracy, dzieci w szkołach mają stosunkowo mało prac grupowych, a jak wiemy samoorganizacja, umiejętność współpracy w zespole to kompetencja konieczna do tego, żeby oddolnie coś zbudować na zasadzie demokratycznego podziału ról, bez dominującego inwestora spinającego proces budowlany w całość. Podczas jednej z debat z Twoim udziałem padł przykład kooperatywy mieszkaniowej we Francji, która rozpadła się, bo społeczność była mocno skonfliktowana. Choć Francuzi przecież mają długą tradycję życia w komunach. Czy w związku z tym myślisz, że Polska to dobry grunt do rozwoju kultury kooperatyw? Czy poza społecznym kapitałem mamy jakieś odgórne narzędzia, żeby wspierać oddolne budowanie mieszkalnictwa wielorodzinnego?

Rzeczywiście, gdy mówimy o kooperatywach pojawia się argument, że w Polsce współpraca jest trudniejsza do wyobrażenia. Ale są też historyczne przykłady, przecież powstała Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Potem już w latach 80. i 90. pojawiały się małe spółdzielnie mieszkaniowe, właśnie w ramach oddolnego działania. Były to tzw. Młodzieżowe Spółdzielnie Mieszkaniowe, na przykład spółdzielnia na Kokocińcu w Katowicach. Zawsze też podkreślam, że kooperatywy nigdy nie będą rozwiązaniem masowym, one mają być właśnie uzupełnieniem, szczyptą pieprzu w całym systemie. Myślę więc, że trochę ludzi o odpowiednich cechach osobowościowych, takich, którzy są gotowi na współpracę, na pewno się znajdzie. A z pewnością będzie łatwiej, gdy będzie wiadomo, że wejście w kooperatywę jest bezpieczne formalnie i finansowo. Ciekawym przykładem są kooperatywy senioralne, czy właściwie cohousingi senioralne, w których grupa przyjaciółek – bo to zazwyczaj są kobiety – zamieszkuje razem w większym mieszkaniu jednej z nich. Takie przedsięwzięcie nie wymaga żadnych specjalnych inwestycji, po prostu musi się otworzyć klapka w głowie. Wydaje mi się też, że nowym pokoleniom bardzo mocno zmienia się sposób myślenia i że młodzi ludzie będą na takie wspólnotowe życie dużo bardziej otwarci. Jednak, żeby model mógł stać się bardziej popularny potrzebna jest infrastruktura prawno-społeczna, która zapewni bezpieczeństwo i pomoże małym grupom o niewielkiej sile przebicia. Na przykład w zachodnich miastach często część terenów przeznaczana jest wyłącznie pod zabudowę tworzoną przez kooperatywy. Mogą to być zbywane w ramach przetargów grunty miejskie, ale także zapisy w planach miejscowych.

Architekt czy architektka?

Zdecydowanie architektka, szczególnie od pewnego czasu. Jestem z tego rzutu, który skończył studia i uważał, że absolutnie nie „architektka”, bo to brzmi niepoważnie, że koniecznie „architekt “, bo przecież jest jeden wzorzec wykonywania naszego zawodu, co oznacza, że należy się do niego dostosować. Kończąc studia, nie dałabym sobie wmówić, że jestem gorsza, ale też nie dałabym sobie powiedzieć, że jestem inna niż moi koledzy. Byłam przekonana, że musimy mieć dokładnie ten sam model uprawiania architektury. Natomiast, tak jak pisałam we wstępie do tego cyklu o architektkach („A-m" 3/2020), w trakcie studiów i potem w czasie pracy, moja rola architekta była mocno deprecjonowana właśnie przez to, że jestem kobietą, głównie przez głupie komentarze czy też w ramach kwestii tytularnych. Typowy cytat to: Powitajmy pana doktora i panią Agatkę. Te doświadczenia popchnęły mnie w stronę refleksji, jak rzeczywiście wygląda rola kobiet w architekturze. Od momentu kiedy przeszłam ten proces myślowy i poddałam sytuację większej analizie, jestem architektką i staram się podkreślać, że jako kobieta mogę mieć odrębne podejście do zawodu. Inne, ale równoprawne. Nasz zawód może być realizowany na wiele różnych sposobów. Ten kobiecy może być inny, ale ważne, żeby nie był traktowany jako gorszy. Nie jest tak, że wszyscy musimy być demiurgami i Corbusierami, którzy jednym gestem decydują o życiu połowy miasta i arbitralnie rozstrzygają wszystkie kwestie od układu ulic po klamki. To jest anachroniczne ujęcie rozwoju przestrzennego i my już takiego nie potrzebujemy. Jako kobiety, z góry wiemy, że potrzeby ludzi są bardzo różne i wydaje mi się, że jako architektki możemy mieć na nie większą wrażliwość. Podsumowując, chodzi mi o to, że możemy realizować się w naszym zawodzie, będąc kobietami i będąc dumne z tego, że nimi jesteśmy. To nie musi być żadna sprzeczność.

To, jak się mianujemy czy nazywamy, konstytuuje nasze myślenie o sobie. Problem tej nieprzystawalności języka wynika też z kluczowego anachronizmu i tego, że w dyplomie kobiety mają wpisane „inżynier architekt”. Podpisując się pod projektem czy oficjalnym urzędowym dokumentem, niejednokrotnie zastanawiam się, czy mogę wpisać „architektka”. No bo przecież na dyplomie oficjalnie widnieje: „architekt inżynier”. I w związku z tym moje pytanie: czy idąc w ślad za szczecińską Akademią Sztuk Pięknych, Twoja uczelnia będzie awangardą zmian i wprowadzi feminatywy i parytety do statutu i dyplomów?

Na razie nie było o tym mowy, ale myślę, że będzie to kierunek, w którym będę starała się naszą uczelnię popchnąć. Uważam, że to rzeczywiście ważna sprawa. Ostatnio składałam wniosek grantowy i tam też można było wpisać się jedynie jako kierownik projektu, nie mogłam być kierowniczką. W języku urzędowym jeszcze w ogóle nie ma miejsca na feminatywy. Mnie już poprawiano pisma urzędowe właśnie pod tym kątem. Ale wydaje mi się, że do tej zmiany prędzej czy później dojdzie. Jestem za tym, żeby tytuł na dyplomie odmieniać, bo jeśli ta nazwa pojawi się w języku urzędowym, to będzie od razu inaczej traktowana. Feminatywy są ważne, właśnie dlatego żeby dziewczyny czuły się równouprawnionymi architektami. Chodzi o zmianę myślenia, o przekonanie, że niekoniecznie my się musimy dostosowywać do męskiego wzorca, tylko ten wzorzec trzeba rozszerzyć. Więc tak – będę pracowała nad tym, żeby na naszej uczelni się to zmieniło.

Powiedz mi na koniec czego dotyczą nowe tematy, które będziesz badać w przyszłości?

Najbliższe projekty, którymi chciałabym się zająć, odnoszą się do prawa do mieszkania, bo wydaje mi się, że nawet w swojej książce trochę się jeszcze bałam używać tego określenia. W związku z tym, że wyrośliśmy w przekonaniu, że mówienie o prawie do mieszkania to krok do anarchii i komunizmu. Starsze pokolenie, jak mi się wydaje, dalej tę kwestię tak postrzega. A tymczasem traktowanie mieszkania jako towaru jest całkiem nowoczesnym wynalazkiem, nie starszym niż rewolucja przemysłowa. Pracuję teraz nad książką, w której postaram się zebrać intelektualną, historyczną i kulturową stronę pojęcia prawa do mieszkania. żeby mieć argumenty w dyskusji na temat mieszkalnictwa, które będą mogły przeciwstawiać się paradygmatowi mieszkania jako towaru.

Czy pojęcie prawa do mieszkania jest zbliżone do idei dochodu gwarantowanego?

Nie, to inny, szerszy koncept. Mieszkanie gwarantowane jest raczej w spektrum różnych rozwiązań, które się w koncepcji prawa do mieszkania mieszczą. Ten szerszy koncept zakłada, że mieszkanie powinno być traktowane jako infrastruktura, czyli coś wobec czego panuje konsensus, że powinno być dostarczane przez miasto, jak woda i drogi. Za wodę płacimy, ale tyle żeby były środki na pokrycie jej dostarczenia i uzdatnienia. Nie pokrywamy przy okazji czyjegoś nadmiernego zysku. Nie chodzi o to, żeby teraz każdy miał dostęp do darmowego mieszkania i powiedział: Ja już nie pracuję, nic nie robię i teraz dajcie mi mieszkanie, tylko żeby część lokali była możliwa do zamieszkania, nie generując przy okazji kumulowanego zysku. Moje myślenie na ten temat bardzo zmieniły teksty Kacpra Pobłockiego, które wszystkim polecam. Teraz wchodzę coraz głębiej w historię ekonomii, która pokazuje też, że obecne stosunki ekonomiczne nie obowiązują od zawsze, ani nie są jednym możliwym rozwiązaniem. Sprawdzam także jak pomysł prawa do mieszkania jest realizowany w praktyce. Na przykład w Finlandii, w ramach rozwiązywania problemów osób w kryzysie bezdomności, stosuje się model housing first. Zakłada on, że najpierw zapewniamy podstawowe mieszkanie, nie stawiając wymagań, a dopiero w kolejnych etapach możemy rozpocząć pracę socjalną. Albo roszczeniowe, gwarantowane prawo do mieszkania we Francji, czyli tzw. DALO (droit au logement opposable), zgodnie z którym miasto można podać do sądu za to, że nie udostępnia nam przewidzianego ustawą lokalu. Interesuje mnie więc poszerzanie wyobraźni – jak możemy o myśleć o mieszkaniu jako o prawie, a nie tylko towarze.

Agata Twardoch, architektka i urbanistka, współprowadzi pracownię 44sto i wykłada na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej. Autorka książki System do mieszkania. Perspektywy rozwoju dostępnego budownictwa mieszkaniowego. Fot. archiwum Agaty Twardoch

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum