Moje życie w architekturze: Ewa P. Porębska

2020-07-21 15:29 Rozmawiała: Agata Twardoch
Ewa P. Porębska
Autor: fot. Jerzy Porębski Ewa P. Porębska

Uczenie się to jedna z moich największych przyjemności. Miałam szczęście, bo na początku swojej kariery spotkałam bardzo wiele ciekawych osób, które stanowiły dla mnie wzorzec. Zresztą wciąż poznaję kolejnych fascynujących ludzi związanych z architekturą. Redaktor naczelna „A-m" o tym jak wiele daje się zrobić, jeśli praca jest życiową pasją.

Agata Twardoch: Chciałam porozmawiać z Tobą o Twoich zawodowych historiach. O tych ciekawych rzeczach, o których rzadko się mówi, bo zazwyczaj nie ma na to czasu. No i chciałam porozmawiać o tym, co Ci się udało – a udało Ci się bardzo wiele – żeby pokazać, jak wiele rzeczy można zrobić, jak wiele mogą zrobić kobiety. Chciałabym, żeby to była taka rozmowa w kontrze do wszechobecnego marazmu, że nic się nie da zrobić.

Ewa P. Porębska: No to dobrze się składa. Ja jestem zdecydowaną przeciwniczką zdania, że nic się nie da zrobić. Wszystko się da i wszystko się uda!

Dlatego jesteś doskonałą adresatką tej rozmowy! Zacznijmy od początku Twojej kariery – studiowałaś architekturę?

Studiowałam architekturę. Pierwszy rok byłam w Krakowie, a potem przeniosłam się do Warszawy, dzięki czemu od samego początku miałam środowiskowe znajomości i w Krakowie i w Warszawie. Uczelnię krakowską wspominam bardzo ciepło, do dziś czuję się z nią związana. Czasem mam w ogóle takie wrażenie, że pomimo, że studiowałam w Krakowie zaledwie rok, to wiele osób uważa, że tam właśnie skończyłam szkołę. To pewnie trochę w związku z odbywającym się tam Międzynarodowym Biennale Architektury, na którym zawsze byłam obecna.

Jaką byłaś studentką?

Chyba byłam nietypową studentką. Starałam się poważnie podchodzić do zajęć, ciężko pracowałam, ale cały czas wydawało mi się, że studia architektoniczne nie dają wystarczająco szerokiej wiedzy o świecie, kulturze, historii, aspektach społecznych, które mnie wtedy bardzo interesowały i których oczekiwałam.

Były za bardzo techniczne, jednostronne?

Raczej jednostronne. Ja jestem „techniczna” i ta techniczna strona mi odpowiadała. Brakowało mi natomiast tej drugiej ścieżki. W związku z tym zaczęłam chodzić na dodatkowe zajęcia na inne uczelnie, tam, gdzie – mniej lub bardziej oficjalnie – można było brać udział w zajęciach jako wolny słuchacz. Na przykład chodziłam regularnie na seminaria dla doktorantów w Zakładzie Antropologii Uniwersytetu Warszawskiego u prof. Andrzeja Wiercińskiego. Była to interdyscyplinarna grupa, w której naukowcy dyskutowali o najnowszych odkryciach z bardzo różnych dziedzin – od matematyki po kwestie społeczne. Profesor zgodził się, żebym na te zajęcia przychodziła i to było dla mnie ogromnie ważne doświadczenie. Wtedy nie było Internetu, nie mogłam sobie tak po prostu sprawdzić różnych rzeczy. W czasie studiów spotkałam także świetnego nauczyciela – asystenta, Andrzeja Krzesińskiego, który stał się moim mistrzem – i to nie tylko w dziedzinie architektury. Zauważył moje zainteresowania i poszukiwania. Sam zajmował się urbanistyką i dzięki niemu zrozumiałam, jak wiele zjawisk kryje się w strukturze miasta, a potem właśnie z urbanistyki zrobiłam dyplom. Z Krzesińskim prowadziliśmy wielogodzinne rozmowy, podsuwał mi książki z różnych dziedzin. Czasem zaskakujących. Skłonił mnie na przykład do przeczytania kilku tomów niewydanego jeszcze wtedy po polsku Castanedy – kontrowersyjnego amerykańskiego antropologa, który pisał o szamanizmie i zjawiskach magicznych. Potem się okazało, że to co pisał częściowo jest jednak fikcją. Ale książki Castanedy mówiły o wychodzeniu z materialności w duchowość, czym byłam wtedy bardzo zainteresowana. Więc to był okres, gdy czytałam bardzo dużo, od filozofii, poprzez podręczniki psychologii, antropologię, wiedzę o genetyce, semiotykę kultury, bardzo interesowała mnie symbolika. No wiesz, takie poszukiwania naturalne dla okresu młodości. Robiłam mnóstwo notatek i próbowałam szukać rozmaitych powiązań. Chyba przez to, gdy zaczęłam robić dyplom, postanowiłam go napisać, a było to jednak dosyć nietypowe na wydziale architektury. Lubiłam pisać i wszystkie rzeczy, które mnie otaczały w czasie studiów postanowiłam przelać na papier. Tych przemyśleń było bardzo dużo – pisałam, pisałam i pisałam. Moim promotorem został prof. Jerzy Skrzypczak, przy asystenturze Andrzeja Krzesińskiego, który nakłonił mnie, żebym jednak to pisanie uzupełniła projektem. Projekt okazał się bardzo wielowarstwowy, składał się z analiz rożnych warstw miasta. Wtedy nie było komputerów, na plansze nakładałam kolejne kalki. Każda kalka była innym elementem postrzegania: miasto symboliczne, miasto emocjonalne, itd. Powstawały nakładki, które składały się na wielopłaszczyznowy obraz miasta.

Warszawy?

Nie, to była jakaś mała miejscowość, o dosyć tradycyjnym układzie. W czasie, gdy robiłam dyplom, mieszkałam z moją przyjaciółką, która przygotowywała projekt domu jednorodzinnego, bardzo detaliczny i ten kontrast w skalach był bardzo zabawny. Miałyśmy wielu przyjaciół, już wtedy architektów, którzy do nas często wpadali i wszyscy zatrzymywali się nad dyplomem Basi, bardzo szczegółowo doradzali jej różne rzeczy, patrząc z wielkim zdziwieniem na wszystkie moje plansze, nakładki… Dopóki nie przyszedł Marek Budzyński, który usiadł obok mojego stolika, usiłując zrozumieć, o co mi chodzi. Pamiętam, że chociaż później miałam z nim wiele polemik, to wtedy ta rozmowa dała mi do myślenia. W każdym razie – w pewnym momencie zrozumiałam, że jeśli dalej będę tak pisać i dodawać kolejne nakładki, to nigdy tego dyplomu nie skończę. Za bardzo się zaangażowałam. Promotor zwrócił mi uwagę, że przecież mogę robić doktorat, ale najpierw muszę zamknąć pewien etap: obronić dyplom i skończyć studia! Dyplom i jego obrona to był w ogóle bardzo ciekawy dla mnie moment. Na samą obronę przyszło bardzo dużo ludzi zainteresowanych tym dziwnym – jak na standardy Wydziału Architektury – dyplomem i wykładem.

Zostało Ci coś po tym dyplomie?

Tak. Po pierwsze, całość została opublikowana przez Ossolineum. I to było jakieś zamknięcie etapu. Po drugie, ten dyplom nauczył mnie, że nie należy się tak angażować. Bo w czasie pracy nad nim nie widziałam świata poza tą historią, w którą się włączyłam. Analiza i badanie zawładnęły całym moim życiem, a miałam przecież jeszcze sprawy prywatne. Jak na to patrzę z dystansu, to myślę, że mogło to być wyzwaniem dla mojego małżonka.

Jerzy był już wtedy Twoim mężem?

To się właściwie stało w trakcie tego dyplomu.

Czyli znalazłaś jednak czas na coś innego!

Tak, ale wyszłam dosłownie na pięć minut… Bardzo doceniam cierpliwość Jurka. Miałam z tego powodu później straszne wyrzuty sumienia, ale przy okazji zrozumiałam, że mam skłonność do nadmiernego angażowania się w pracę. Do dzisiaj nie udało mi się tego całkiem zwalczyć, jednak nauczyłam się stawiać granice – angażuję się nadal, lecz jest trochę łatwiej, bo zdaję sobie z tego sprawę.

Po studiach przez chwilę pracowałaś na uczelni?

Tak, miałam epizod nauczania na uczelni. Nie pamiętam tylko, czy było to równolegle z budową, czy jeszcze przed. Historia jest taka, że po tej rozmowie z Markiem Budzyńskim zapragnęłam u niego pracować. Powiedział: „Dobrze, ale najpierw zrób uprawnienia, bo potem będzie to wszystko trudno pogodzić”. Więc poszłam na budowę i pracowałam tam dwa lata. To była prawdziwa budowa bloków z wielkiej płyty, gdzie lało się dużo betonu. Ogólnie bardzo nieciekawy okres dla polskiej architektury.

Które to były lata?

Studia kończyłam w 1980 roku, więc jakoś niewiele później. To były naprawdę ciężkie czasy. Choć na uczelni było fajnie, byłam w super zespole. Miałam tylko problem osobisty – prawie wszystkie osoby, z którymi tam współpracowałam, miały już duże doświadczenie projektowe. Nawet asystenci – to były legendy albo powstające legendy architektury z dużą praktyką zawodową. A ja dostałam to zlecenie, ponieważ zrobiłam dobry dyplom. Wciąż myślałam o tym, że mam tylko wiedzę teoretyczną. To mi bardzo przeszkadzało. A na budowę w sumie lubiłam jeździć, nawet na szóstą rano. Czułam, że wiem, co mam tam robić, ale też, że dużo się tam uczę.

Pamiętasz, przy budowie których bloków pracowałaś?

Pamiętam – na Gocławiu. Najpierw pracowałam jako inżynier budowy, czyli osoba, która nadzoruje jakiś odcinek, a później, w sposób całkowicie nieoczekiwany, zostałam kierownikiem budowy. To była dosyć zabawna historia. Mniej więcej po 1,5 roku pracy miałam dłuższy urlop, a gdy z niego wróciłam, nagle wszyscy mówią do mnie: „Dzień dobry, pani kierowniczko”. Byłam młoda, wrażliwa i wyczulona na to, że sobie ze mnie żarty robią – wiadomo kobieta na budowie. Dobrze pamiętałam, że na początku pracy tam musiałam zdecydowanie – i na szczęście skutecznie – reagować na gwizdy rozbawionych widokiem młodej dziewczyny robotników. Dlatego natychmiast zaczęłam się stawiać: „Co to – dzisiaj jakieś żarty, wszyscy w takim dobrym humorze…?”. A później okazało się, że w czasie tego urlopu rzeczywiście awansowałam. Poszłam do szefostwa i mówię, że dziękuję, jestem zachwycona propozycją, ale ja jednak przyszłam tutaj tylko zrobić staż. „Ale jak to? Pani świetnie sobie tutaj radzi! Chcielibyśmy, żeby pani z nami pracowała!”. Było mi trudno powiedzieć, że po prostu wcale tym nie jestem zainteresowana, więc, żeby skrócić dyskusję, powiedziałam, że... mąż się nie zgadza. Wtedy majster i dyrektor zgodnie przyznali: „No tak, tu tylu mężczyzn na budowie...”

Zrezygnowałaś z kariery kierownika budowy! A zrobiłaś w końcu uprawnienia i zaczęłaś pracę u Budzyńskiego?

Uprawnienia zrobiłam, ale do biura architektonicznego pracować nie poszłam. Pomagałam czasem starszym kolegom przy konkursach i miałam coraz większą świadomość, że między marzeniami o architekturze, a ich realizacją, jest straszliwy rozziew – mówię o tamtych latach. Więc musiałam się zastanowić czego naprawdę chcę i to przypomniało mi, że lubię pisać.

Wtedy postanowiłaś zacząć pracować w redakcji „Architektury".

Tak, ale to nie było takie proste. Redakcja od zawsze była mała, nie było wolnego etatu. Więc gdy nagle mnie olśniło, że chciałabym pisać o architekturze, to wszystkich napotkanych na ulicy architektów zaczęłam informować, że chcę pracować w „Architekturze”. I ta droga okazała się aż nadto skuteczna. Gdy w końcu zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną redaktor naczelny półżartem powiedział, że mam dla ułatwienia podać nazwiska wszystkich architektów, których znam, żeby już wszyscy nie musieli do niego dzwonić. No i tak dostałam pracę, którą właściwie mam do dziś. Z krótką przerwą tuż po zmianie ustroju, gdy nie było „Architektury”, bo została po prostu zamknięta.

Jak to się stało, że po zamknięciu „Architektury" zostałaś redaktorką naczelną „Architektury-murator"? Dostałaś propozycję, czy sama ją sobie wymyśliłaś?

To dosyć skomplikowane. Po przełomie 1989 roku okazało się, że zamykane są wszystkie, państwowe przecież, gazety związane z kulturą, bo nie ma już dla nich finansowania. Zamknięciem „Architektury” najpierw byłam potwornie zmartwiona, bo to była nie tylko moja praca, ale i pasja, która pochłaniała mnie w 100%. A potem – bo taki mam charakter – pomyślałam, że jestem wolna, całkowicie wolna i wreszcie mogę robić, co chcę. I dostałam zlecenie na robienie filmów o architekturze w Telewizji Polskiej. Razem z przyjaciółką – Zytą Kusztrą – stworzyłyśmy całą grupę programów-reportaży, które opowiadały o historii współczesnej polskiej architektury i architektach. To mnie znowu wkręciło na 100%. Dzień i noc szukałam po archiwach, jeździłam w różne miejsca, odkopywałam materiały. Dostałyśmy fantastyczną ekipę i świetnego montażystę! Wprawdzie najpierw nie chciał mi wierzyć, nie rozumiał, gdy na przykład prosiłam, żeby „zalać” na filmie niebo na czarno. Ale potem się przekonał i filmy zaczęły powstawać. Najciekawszy z nich to chyba historia Pałacu Kultury. Tymczasem ktoś w Stowarzyszeniu Architektów Polskich wymyślił, żeby reaktywować „Architekturę” poprzez powołaną do tego celu fundację i zaproponowano, żebym została szefową czasopisma. Zgodziłam się, choć chwilę wcześniej urodziłam córkę, więc musiałam się organizacyjnie zmagać z obowiązkami mamy i z pracą, no ale sama wiesz, jak to jest – to się daje pogodzić. Zaczęliśmy wydawać „Architekturę” jako fundacja, ale stworzyliśmy zaledwie parę numerów. Fundacja nie miała doświadczenia, nie umiała zdobywać środków ani sensownie ich wydawać. Więc po kilku numerach znowu przerwała się ciągłość istnienia gazety. Ja jednak już nie chciałam odpuścić i szukałam możliwości, żeby „Architekturę” jakoś wydawać. Taka możliwość otwarła się w Muratorze. Tam już gazeta powstała całkowicie od początku i – jak się okazuje – na długo.

Na długo! W zeszłym roku skończyła 25 lat! A Ty przez te 25 lat zdobyłaś niesamowite doświadczenia: współpracy z różnymi architektami, ciekawych znajomości, ciekawych konkursów, które organizowałaś i których byłaś jurorem. Wyczytałam, że w samym 2016 roku byłaś jurorką w 11 konkursach, więc przez 25 lat musiała się tego uzbierać niezła kolekcja! Czy któryś z nich uważasz za najważniejszy? Za swój ulubiony? Z którego jesteś najbardziej zadowolona?

Największą przygodę przeżyłam w zeszłym roku, ale udział w tym jury, a raczej kilkuosobowej radzie międzynarodowych ekspertów, objęty jest kilkuletnią klauzulą poufności. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła opowiedzieć więcej, a teraz pozostańmy przy informacji, że ten konkurs dotyczył ogromnego obszaru urbanistycznego i wizji dalekiej przyszłości w miejscu bardzo odległym od Polski. Właśnie tam nagle poczułam, że być może nie bez powodu kiedyś tak silnie starałam się zrozumieć duchowy i ideowy wymiar struktury miast, i że cząstka tego doświadczenia otwiera nowe ścieżki do dyskusji, gdy znajdujemy się w nietypowej, nierutynowej sytuacji. A przedtem? Chyba największym zaskoczeniem i wyzwaniem, był udział w jury nagrody Miesa van der Rohe w 2013 roku. To się teraz wydaje takie naturalne, ale wtedy nie było w tym jury wielu osób z naszej części Europy, a na pewno nie z Polski, więc, gdy dostałam zaproszenie, byłam naprawdę bardzo mocno zaskoczona. Wcześniej już miałam międzynarodowe doświadczenie z np. World Architecture Festival, ale to jednak było coś innego! Zwiedzając nominowane obiekty, odbyliśmy w ramach EU Mies van der Rohe Award fascynującą podróż po Europie. To było wiele godzin poświęconych na rozmowy o architekturze. Bardzo dużo się przy tym nauczyłam, a uczenie się to jedna z moich największych przyjemności. Z tego też wykluły się wieloletnie przyjaźnie. Poza tym nagrodę przyznaje fundacja, więc ona ma charakter ideowy, nie komercyjny. Postrzegam to jako wielką wartość. Ale oczywiście wiele konkursów, w których uczestniczyłam jako juror, sama zainicjowałam i współorganizowałam. Mam na myśli na przykład Życie w Architekturze.

Idąc tropem Twoich doświadczeń: masz na koncie ponad 25 lat współpracy z architektami. Czy architekci się zmienili przez ten czas? Czy inaczej się z nimi teraz rozmawia? I w ogóle, czy z architektami rozmawia się trudno? W końcu uprawiasz krytykę, a wiadomo, że architekci nie najlepiej ją znoszą.

Wiesz co? Z jednej strony chyba rzeczywiście tak jest, że architekci krytykę znoszą źle. Ale z drugiej, im jest krytyka i nasze architektoniczne czasopismo bardzo potrzebne. Nie przypominam sobie takiej sytuacji, żebym nie była traktowana z szacunkiem. Świat, w którym zaczynałam pracę, składał się głównie z mężczyzn – relacje i sposób bycia były inne, ale to nie znaczy, że lekceważące. W ogóle czegoś takiego nie odczuwałam. Fakt, że jestem z wykształcenia architektem, sprawiał, że architekci uznawali, że rozumiem o czym mówię i chętnie dyskutowali ze mną o swojej pracy. Na początku bardzo dużo jeździłam po Polsce, odwiedzałam biura architektoniczne, nie było jeszcze tak wiele realizacji, więc oglądałam rysunki. To było dla architektów atrakcyjne, że ktoś chce ich wysłuchać i o nich napisać. To był rodzaj więzi, a nawet obustronnego wsparcia.

I nikt się nigdy nie obraził?

Pewnie! Po zbyt ostrej krytyce niektórzy się obrażali. Jest kilka osób, które nadal nie mogą zapomnieć. Ale tak to w życiu jest, chyba w każdym zawodzie, więc mnie to specjalnie nie dziwi. Muszę powiedzieć, że miałam szczęście, że na początku swojej kariery spotkałam bardzo wiele ciekawych osób, które stanowiły dla mnie wzorzec. Od których uczyłam się także tego jak rozmawiać z architektami. Na przykład w czasie, gdy rozpoczynałam pracę w „Architekturze”, przyjechało do Polski kilku światowych krytyków, w tym Pierre Vago. Nie wiem, czy on jest teraz znaną postacią, ale był to główny założyciel Międzynarodowej Unii Architektów (International Union of Architects) i długoletni szef „L'Architecture d'Aujourd'hui” – w czasach, gdy czasopisma drukowane ogromnie się liczyły. Miałam z nim krótki kontakt, ale bardzo dla mnie ciekawy. Spotkałam też Monicę Pidgeon – legendarną redaktorkę naczelną brytyjskiego czasopisma „AD” („Architectural Design”), z ogromnym wpływem na środowisko. Nawet przez kilka dni mieszkałam u niej w Londynie. Na wczesnym etapie mojej pracy poznałam też Petera Buchanana, który był zastępcą redaktora naczelnego „The Architectural Review”. Opowiadał mi, o tym w jaki sposób pisze o architekturze, jak tworzy strukturę artykułu. Ja to do dzisiaj pamiętam, choć oczywiście nieliteralnie. To były osoby, które stanowiły dla mnie wzorzec, nawet jeśli nie bezpośredni, to sposobu myślenia czy działalności.

Dopytuję o zmianę w relacjach z architektami, bo w ramach 25-lecia „A-m” publikowaliście wspominkowe, archiwalne reprinty. Była tam między innymi polemika na temat budynku Sądu Najwyższego. Jakie tam pojawiały się ostre opinie! Teraz raczej wszyscy głaszczą się po głowach, a gdy mają coś złego do powiedzenia to raczej ugryzą się w język.

Albo powiedzą za plecami. Myślę, że ludzie nauczyli się układu: ty mi nie zaszkodzisz, ja ci nie zaszkodzę. Kiedyś środowisko było bardziej polemiczne, co nie oznacza, że oponenci nie mogli się spotkać w SARP-ie i dyskutować przy wódce. Natomiast od jakiegoś momentu zaczęło być tak, że opinie krytyczne wyrażane są w postaci zawoalowanej, za plecami lub pod postacią min lub niuansów, ale nie otwarcie i nie na piśmie. Bo potem ten ktoś się obrazi, a będzie być może przewodniczącym jakiegoś jury… To jest problem, tak.

Czy masz swój ulubiony numer? Czy któryś uważasz za szczególnie ważny?

Najprościej byłoby powiedzieć, że wszystkie.

Zaraz mi powiesz, że to tak jakbym kazała Ci wybrać ulubione dziecko…

No dobra – jest ileś numerów, które wydają mi się bardziej znaczące. Na przykład numer z okazji 10-lecia poświęcony temu, co się NIE wydarzyło w polskiej architekturze. Pracowicie wybraliśmy wtedy niezrealizowane budynki i po długich, burzliwych dyskusjach dosyć szczegółowo je opisaliśmy. Pamiętam, że tam pokazywaliśmy na przykład wyniki konkursów w porównaniu z tym, co ostatecznie na danym miejscu powstało. Uważam, że ten numer bardzo dużo opowiedział o kawałku historii, ale również o tej myśli architektonicznej, która była ciekawa, ale z różnych względów słabsza niż możliwości realizacji. Lubię też bardzo cykl 12 rozmów z wiodącymi europejskimi architektami. Rozmowy przeprowadzane były specjalnie dla nas, a wtedy – tuż po 2000 roku – nie było to wszystko takie proste. Nie dało się tych wywiadów przeprowadzić zdalnie, a nas nie było stać, żeby wszędzie kogoś wysłać. Musieliśmy w każdym z krajów znaleźć właściwego rozmówcę, autorytet, który dla nas te rozmowy przeprowadzi. To było spore wyzwanie. W efekcie spotkały się bardzo ciekawe osobowości - przez to bardzo lubię te wywiady i one są dla mnie jakoś ważne. Jeden z nich przeprowadziłam osobiście, z wieloletnim dyrektorem Architekturzentrum w Wiedniu i redaktorem „Domusa" – Dietmarem Steinerem, który zresztą zmarł niedawno, dosłownie miesiąc temu. Dietmar był dla mnie bardzo ważną postacią – spotkałam go pierwszy raz wiele lat temu w Montpellier, gdzie miał odczyt o przyszłości czasopism architektonicznych. Wszystko, co powiedział, się sprawdziło. Wtedy architektoniczna prasa była jeszcze bardzo silna, a on twierdził, że tradycyjna forma magazynów architektonicznych się kończy. Że architekci będą oczekiwać jedynie PR-u… I tak się dzieje – widzę to coraz mocniej.

Kiedyś kontakty architektów z mediami były bardziej spontaniczne, a teraz biura architektoniczne często mają specjalne osoby do PR-u. To wszystko jest takie wyrachowane.

Rozmawiałam z dziewczyną, która w fundacji Miesa van der Rohe, jest odpowiedzialna za kontakt z architektami. Gdy jej powiedziałam, że nasza gazeta zleca robienie zdjęć i płaci za nie fotografom, ponieważ chcemy, by były obiektywne, bardzo się zdziwiła. Powiedziała, że w większości krajów, na pewno w Hiszpanii i we Włoszech, gazety po prostu dostają gotowe, wyczyszczone zdjęcia od architektów, bo one są za darmo. To jest trend, który się u nas też pojawia, ale my rzadko z niego korzystamy. Chyba, że mamy wyjątkowe trudności w wykonaniu fotografii.

No ale takie zdjęcia mogą nie pokazywać prawdy.

W każdym razie ja im nie dowierzam, nie mam 100% pewności, że coś rzeczywiście tak wygląda. A nie ma czasu, żeby każdy obiekt osobiście odwiedził ktoś z redakcji i porównał ze zdjęciami. Tego się nie da zrobić. Dlatego zatrudniamy niezależnych fotografów.

Chciałam z Tobą porozmawiać jeszcze o Biennale Architettura di Venezia. Wiem, że jeździsz do Wenecji z dużą regularnością.

Od 24 lat jestem w Wenecji regularnie, co dwa lata, na każdym Biennale. Jak wspomniałam – lubię się uczyć, a Biennale to dla mnie miejsce, gdzie jest zawarta ogromna wiedza. Zawsze wszystko bardzo szczegółowo oglądam, robię notatki i robocze zdjęcia. Był taki rok, że wystawę w Arsenale sfotografowałam w całości, każdą planszę. Jeżdżę zawsze na otwarcie, na dni dziennikarskie i – oprócz samych wystaw – bardzo doceniam to przysłowiowe prosecco, nieformalne spotkania. Poza tym mnóstwo dyskusji – oficjalnych, w których można uczestniczyć, ale także takich, które odbywają się właśnie przy stoliku. Myślę, że jest to unikalna wartość. Nie ma możliwości, żeby ten rodzaj wydarzenia i wiedzy przenieść w jakikolwiek sposób do Internetu. Ważny jest kontakt bezpośredni, możliwość spotkania z twórcami, dopytania, jakiś rodzaj atmosfery. No i sam fakt, że to wszystko znalazło się w jednym miejscu, tu i teraz. Dzięki wysiłkowi ludzi, którzy przecież napotykali różne przeciwności, nie wszystko poszło idealnie. Dużo rzeczy składa się na efekt końcowy i właśnie ten cały wysiłek, cała praca, są tam widoczne jako pewna całość. To jest rzecz unikalna. Oczywiście, Biennale bardzo się przez te lata zmieniło. W jakimś sensie zdemokratyzowało? Straciło na znaczeniu? Jest bardziej dostępne? Ma konkurencję w postaci wielu światowych imprez? A może ja je już inaczej postrzegam? Kiedy jeździłam tam 24 lata temu, redaktorzy naczelni światowych architektonicznych gazet wędrowali po wystawach w grupie i dyskutowali. A za tymi szefami ciągnął się tłum architektów spragnionych publikacji. I teraz nie żartuję – pamiętam ówczesnego szefa „The Architectural Review” – w klasycznym garniturze i z fularem, okrążonego nieodstępującym go na krok wianuszkiem architektów, czasem bardzo znanych. Komu by się teraz tak chciało?

To znowu trudne pytanie: które jest twoje ulubione Biennale?

Jedno z tych, które nie do końca podobało się architektom, co akurat doskonale rozumiem, bo to było biennale o miastach. Mam na myśli 10. Biennale pod hasłem: Cities: People, Society, Architecture, którego kuratorem był Richard Burdett. Ono nie było zbytnio architektoniczne. Wracamy do wątku urbanistycznego, który mnie zawsze bardzo interesował. Nie jestem przeciwna temu, żeby pokazywać liczby, wykresy i analizy, bo one mnie po prostu ciekawią i jestem zdania, że to też jest część zawodu architekta. Ten rodzaj twardej wiedzy jest dla mnie bardzo istotny, ale rozumiem też tych, którzy na Biennale szukają raczej unikalnego wrażenia estetycznego.

A co z tegorocznym Biennale?

Zostało przesunięte o rok. Biennale architektury odbędzie się w 2021, a biennale sztuki w 2022 roku.

Jeżeli już mówimy o przyszłości: jakie są Twoje plany? Co byś jeszcze chciała zrobić? Może widziałabyś się w jakiejś nowej roli?

Czasami jestem zmęczona, po bardzo dużych wydarzeniach, takich jak na przykład bardzo intensywne obchody 25-lecia „A-m”. Mówię wtedy: „To już był ostatni raz!”. A potem mija trochę czasu i znowu rozpiera mnie energia i codziennie mam nowy pomysł…

Mogłabyś o którymś opowiedzieć?

Myślę, że jeszcze za wcześnie. Jednego dnia coś mi się podoba, a na drugi dzień już mnie nudzi. Jeżeli natychmiast nie przejdę do realizacji jakiegoś planu, to go porzucam. Tak samo, gdy powstanie już koncepcja kolejnego numeru, to temat uważam za zamknięty. Jeszcze zanim wyjdzie, mnie się już wydaje, że nie ma o czym rozmawiać, że trzeba myśleć o kolejnym. Choć może opowiem o jednym pomyśle, na którego realizację nie miałam dotychczas czasu. Chciałabym trochę rzeczy, które mam, pozbierać i coś z tego stworzyć. Mam sporo unikalnych materiałów, tylko nigdy nie miałam czasu, żeby je uporządkować i opracować. Nie chcę w tej chwili powiedzieć, czy to byłaby książka czy jakaś inna forma, ale mam coraz więcej przemyśleń. Muszę teraz tylko znaleźć chwilę czasu i mam nadzieję, że to się wreszcie uda.

Super! Trzymam kciuki! Na sam koniec, tradycyjnie zapytam: jesteś architektem czy architektką?

To się zmieniło. Kiedyś zdecydowanie byłam architektem i redaktorem naczelnym. Teraz jestem architektką i mogłabym być redaktorką naczelną, tylko redakcja zwraca mi uwagę, że to nie jest do końca poprawnie, więc jestem redaktor naczelną. Choć nie wiem, czy to się tak odmienia. W każdym razie, uważam, że język oddaje rzeczywistość i dlatego się zmienia, bo zmienia się rzeczywistość. To jest po prostu odzwierciedlenie ducha czasu. Choć nie należy przesadzać. Kiedyś przez chwilę pracował u nas redaktor, który wszystko przerabiał tak, by było w obu formach: męskiej i żeńskiej. Każdy jego tekst był przez to o połowę dłuższy i chyba jednak trudny do czytania. Więc architekt czy architektka? Koniec końców, ważna jest pozycja zawodowa. Chociaż naprawdę doceniam to, że kobiety teraz czują się silniejsze niż przed laty! Dobrze też, że starają się stworzyć wspólny front. Ja w bardzo wielu sytuacjach czułam wsparcie ze strony kobiet.

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum