Projekt holistyczny: Paulina Grabowska

2020-09-28 13:39 Rozmawiała: Agata Twardoch
Paulina Grabowska
Autor: fot. archiwum Pauliny Grabowskiej Paulina Grabowska

Nie wybieram zleceń, w których liczą się walory estetyczne. Chcę projektować przestrzenie we wszystkich wymiarach, skrojone na miarę naszych czasów. Właścicielka biura NAS-DRA Conscious Design, innowatorka i ekolożka, o mającym być odpowiedzią na wyzwania współczesnego świata projektowaniu holistycznym.

Agata Twardoch: Zacznijmy od początku. Studiowałaś w trzech miejscach: na Politechnice Śląskiej, we Wrocławiu i w Delft, prawda?

Paulina Grabowska: Tak. Zaczęłam w Gliwicach i spędziłam tam trzy bardzo intensywne lata. Nie miałam wtedy jeszcze wykreowanego światopoglądu, choć muszę przyznać, że w jakiś sposób zdeterminował go wyjazd na OSSĘ. Zaraz w drugim tygodniu pierwszego roku studiów.

Gdzie się wtedy odbywała?

We Wrocławiu. Trafiłam do grupy Kuby Szczęsnego. Byłam w niej najmłodsza. Wszystko było dla mnie nowe i inspirujące, a Kuba wtedy właśnie promował zrównoważone rozwiązania. Pokazał mi wówczas, że architektura to nie tylko budynek, drewniana chatka, obiekt, który trzeba było zaprojektować na pierwszym roku. Że musimy wejść w problem głębiej. Po warsztatach od razu chciałam wdrażać takie myślenie we wszystkich projektach. Zielone rozwiązania, mimo że wtedy dość nowe w architekturze, dla mnie były jakoś naturalne – prawie całe dzieciństwo spędziłam w domu z ogrodem, który zlewał się z wielką górą w Beskidach i z babcią, która była nauczycielką biologii i chemii. To dało mi największe podwaliny ekologicznego myślenia. A warsztaty z Kubą pokazały mi, że to, czym się interesuję, mogę wykorzystać na studiach.

Warsztaty na pierwszym roku mogą namieszać…

Namieszały! Na uczelni stałam się takim trochę „rebelem”, co przysparzało mi głównie problemów. Ale jednak dałam radę przejść w taki sposób przez studia! A projekt z pierwszego roku, który był zainspirowany warsztatami z Kubą, pomógł mi parę lat później dostać się do Delft. Wysłałam go jako część portfolio, a będąc już w Holandii dowiedziałam się, że to właśnie ta koncepcja – wkopana pod ziemię pijalnia wód – zdecydowała o moim przyjęciu. W każdym razie na Politechnice Śląskiej doskwierał mi czasem przerost przedmiotów technicznych. Nawiasem mówiąc, gdy wysyłałam transkrypt zajęć do Delft, zapytano mnie, czy na pewno byłam na studiach architektonicznych… Po trzecim roku postanowiłam przenieść się do Wrocławia, bo zawsze podobało mi się to miasto. Dzięki programowi Mostech było to bardzo proste. We Wrocławiu studiowałam rok. To był akurat czwarty rok studiów, dosyć luźny i fajny. Miałam czas, żeby złożyć aplikację do Delft. Tam studiowałam kolejne dwa lata i zrobiłam pierwszy dyplom. Praktycznie cały ten czas byłam studentką Politechniki Śląskiej, więc, gdy obroniłam się w Delft, dziekan zapytała, czy nie chciałabym się obronić jeszcze w Gliwicach. Wtedy wróciłam.

A zatem masz dwa dyplomy?

Tak. Można było, więc je zrobiłam! Szczególnie że wtedy jeszcze bardzo zależało mi na uprawnieniach. Od początku prowadziłam ścieżkę kariery dwutorowo. To były dwie linie: architektura bardziej koncepcyjna i innowacyjna, kręcąca się wokół tego, co mnie interesuje, ale na którą nie było dużego popytu – istniał jedynie w ramach działań instytucji kulturalnych, wystaw i konferencji. I z drugiej strony, usługowy zawód architektki, dużo łatwiejszy, jeżeli chodzi o znajdowanie zleceń. Po latach wiem, że jednak znacznie mniej dla mnie interesujący.

Dyplom w Delft zrobiłaś w ramach pierwszej linii, a potem drugi – u nas, po to by zdobyć uprawnienia – w ramach drugiej. Pewnie Twój holenderski dyplom dotyczył supernaturalnej przyszłości?

Przygotowywałam go w ramach tzw. ścieżki Explore LAB, która polega na tym, że trzeba wymyślić sobie temat i do tego dobrać własną kadrę. Mój temat powstał na bazie pracy na warsztaty w Lagos, które jak wiadomo tonie w śmieciach i ma z tym gigantyczny problem. Gdy zaczęłam robić research, okazało się, że jest tyle niesamowitych metod, którymi moglibyśmy te śmieci przerabiać! Że z jednych odpadów możemy wytwarzać energię, z innych – przydatne materiały. Stwierdziłam, że muszę temat eksplorować dalej. Dyplom był dobrą okazją. Nazwałam go Suplement do miejskiego metabolizmu, bo miał to być element gospodarki cyrkularnej w skali miasta. Zaprojektowałam wielki obiekt do przetwarzania śmieci. Bardzo techniczny. Siedziałam z moim tatą, który jest profesorem fizyki, i liczyliśmy przeróżnego rodzaju rzeczy – ile materiałów, ile kilowatów. itd. Na samej obronie ktoś zapytał, czy zaprojektowałam budynek czy maszynę. No więc chyba ogromną maszynę… Śmieci wpadały z jednej strony i były poddawane przetwarzaniu w obiegach zamkniętych, a na samym końcu mieliśmy innowacyjne produkty do zastosowania w budownictwie i w wyposażeniu wnętrz, na przykład okna z powłokami fotowoltaicznymi lub hodowane z grzybów i mikrobów meble. Te elementy można było kupić w podobnym do IKEA, stojącym obok sklepie. Maszynie towarzyszył też instytut naukowy. Sam budynek był wykonany z energooszczędnych materiałów, z upcyclingu śmieci. Zastosowałam też metody odzyskiwania wody i alternatywnego pozyskiwania energii. Potem ten sam temat broniłam w Gliwicach, gdzie niestety nie spotkał się z dobrym odbiorem. Obrona była na tyle ciężka, że na miesiąc zmiotło mnie z powierzchni ziemi. Nie umiałam zrozumieć, dlaczego przy tak skomplikowanej materii projektu, który łączy urbanistykę, architekturę, ekologię i nowe technologie, ktoś ma uwagi dotyczące braku dylatacji, wyjść ewakuacyjnych, liczby oczek w toaletach. Niestety, recenzenci nie wzięli pod uwagę, że dyplom można zrobić inaczej. Na szczęście obroniłam się, ale było to dla mnie ciężkie doświadczenie. Choć także przełomowe: uświadomiłam sobie, że każdy musi znaleźć dla siebie własne miejsce do rozwoju. I, że jeśli pojawia się mur, można go zburzyć, obejść, lub pomalować i koniecznie zrobić zdjęcie, żeby następny już rozpoznać z daleka i być do niego przygotowanym.

Na pocieszenie mogę powiedzieć, że w tej materii wiele się w Gliwicach zmieniło. Dopuszczane są dyplomy badawcze i koncepcyjne w różnych skalach. Myślę, że teraz byłoby łatwiej. Po gliwickiej obronie, gdy już wdrapałaś się na powierzchnię ziemi, otworzyłaś własne biuro na Śląsku. Z Michałem Jurgielewiczem stworzyliśmy studio NAS-DRA, czyli w rozwinięciu: Non-Linear Architectural Systems – Design and Research Agenda. Długo zastanawialiśmy się nad nazwą dla biura, które zajmuje się nieliniowymi, czyli cyrkularnymi rozwiązaniami, angażującymi przy okazji mikroorganizmy, rośliny czy odpady.

Który to był rok?

2014. Wcześniej przez trzy lata pracowałam w Katowicach, w dość dużej korporacji. Zatrudniłam się w niej z myślą o uprawnieniach i o tym, żeby wprowadzać energooszczędne rozwiązania w elektrowniach. Nie zawsze się to udawało. Takie projekty są dość trudne do zmian i często pracuje nad nimi setka osób, także podwykonawcy z innych krajów. Ale czasami udało się zmodyfikować pewne rozwiązania, oszczędzić materiały i surowce oraz zainspirować kogoś do zmiany myślenia.

Masz świadomość, że teraz gdzieś w elektrowni dzięki Tobie zużywa się mniej surowców?

Myślę, że tak. Choć rezultaty były na tyle oddalone od samych projektów, że po trzech latach postanowiłam, że trzeba zrobić coś swojego. Wtedy właśnie dogadaliśmy się z Michałem, z którym jeszcze na studiach pracowaliśmy nad konkursami. Świetnie się rozumieliśmy: ja zaczynałam zdanie, on kończył, działaliśmy na tych samych falach. Więc otwarliśmy biuro w Katowicach na Dyrekcyjnej i zaczęliśmy tworzyć własne koncepcje. Udawało nam się wyjeżdżać na pierwsze konferencje i pisać pierwsze publikacje. Po roku dołączyła do nas Dorota Nikiel.

Nie byliście umocowani w instytucji badawczej, nie byliście też jeszcze rozpoznawalni, jak więc udawało się Wam zdobywać zaproszenia na konferencje?

Na początku zgłaszaliśmy się sami, ale stopniowo zyskiwaliśmy rozpoznawalność. Uczyliśmy się mówić. Gdzie się dało promowaliśmy kwestie, które nas interesują. Na Facebooku, na Instagramie opowiadaliśmy o ciekawych rozwiązaniach energooszczędnych i nowych technologiach. Mieliśmy kilka wykładów w Kato – katowickim, zaangażowanym pubie, gdzie odbywają się debaty, wykłady i spotkania, na które przychodzi dużo studentów. W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły: Michał chciał być nauczycielem, wyjechał do Chin, a potem do Bangkoku, Dorota została w Katowicach i jest teraz świetną projektantką graficzną. Ja z kolei przeniosłam się do Warszawy i sama rozwijam NAS-DRĘ. Do nazwy dołożyłam Conscious Design, żeby podkreślić to, na czym zależy mi najbardziej – holistyczne podejście do projektowania. Mam taką cechę, że im bardziej coś jest złożone, tym łatwiej mi przychodzi. Tak było już w szkole – rozwiązywałam trudne zadania na szóstkę, robiąc przy okazji karygodne błędy w tych łatwiejszych. Dlatego najchętniej zabieram się za projekty, które wymagają dogłębnych badań, łączenia rzeczy z różnych dziedzin, wymyślania – czyli za te najbardziej skomplikowane. A gospodarka cyrkularna, zmiany klimatyczne i brak surowców naturalnych do nich należą.

Jak znajdujesz zleceniodawców do tych skomplikowanych projektów? Fajnie jest projektować złożone rzeczy, ale jeszcze trzeba znaleźć kogoś kto za nie zapłaci.

Teraz już głównie to oni mnie znajdują. Zazwyczaj dlatego, że widzieli moje wcześniejsze projekty albo wystąpienia. Przyznaję, że sama nie wiedziałabym, gdzie szukać takich zleceń, gdzie aplikować, więc moją strategią jest, żeby jak najczęściej wychodzić i opowiadać o tym, co robię.

Poszukiwanie zleceń przez PR?

Tak. Mimo że publiczne wystąpienia nie leżą w mojej naturze. Trzeba mieć totalną pewność siebie, żeby opowiadać z przekonaniem o tym, co się robi. Ale tego też da się nauczyć. Dla mnie wielkim skokiem było doświadczenie TEDx Warsaw. Na początku spędziłam cały dzień w studio nagraniowym, żeby nagrać trzy minuty wypowiedzi. Miałam chyba trzysta prób! Ale udało się i zaprosili mnie do współpracy. Cały cykl przygotowań do samego eventu, do szesnastu minut publicznej wypowiedzi, trwał sześć miesięcy. Trudno było mi tak napisać swoje wystąpienie, żeby w tym krótkim czasie opowiedzieć o wszystkim, co robiłam prze ostatnie dziesięć lat. Bardzo pomogła mi w tym Aleksandra Dudek, która jest niezwykle utalentowaną trenerką komunikacji. To ona z sukcesem skompresowała moje badania i projekty, mówiąc: Paulina, to wszystko jest ważne, ale co, jeśli będzie zbyt trudne i stracisz słuchaczy już w pierwszej minucie? Mów jakbyś tłumaczyła swojemu synkowi. To bardzo pomogło. Ćwiczyłam ze swoim wtedy dwuletnim synem, i jak tylko marszczył nosek, już wiedziałam, że muszę coś uprościć. Poza tym były warsztaty emisji głosu, ćwiczenia z pewności siebie, z techniki wypowiedzi, z gry aktorskiej. Uczono nas jak być interesującym na scenie. Bo co z tego, że masz coś do powiedzenia, jeżeli wszystkich zanudzisz na śmierć? Najwięcej problemów miałam z żartem, który przecież musi się znaleźć w TED-owskim wystąpieniu. Kocham żarty, ale w tym co opowiadałam, nie było z czego żartować.

No tak, w katastrofie ekologicznej nie ma nic do śmiechu…

W każdym razie te sześć miesięcy bardzo pomogło mi nie tylko rozwinąć się jako mówczyni, ale też zdefiniować siebie jako architektkę, jako projektantkę innowacyjnych rozwiązań. Określić, co robię i jak to nazwać. No i zwieńczeniem był występ, który dodaje skrzydeł. Człowiek na scenie „dostaje kopa” adrenaliny, dopaminy i serotoniny naraz. Dzięki nagraniu odzywają się teraz do mnie nowi klienci. Wyjście do ludzi ze swoim przekazem bardzo pomaga.

To porozmawiajmy jeszcze o Twoich projektach. Podczas warszawskiego TEDX-a mówisz na przykład o superciekawych rozwiązaniach dla zbiornika Żelazny Most, w którym odkładane są odpady z procesów produkcyjnych KGHM Polska Miedź. Czy to wynik jednego z Twoich projektowych zadań?

Nie, to problem, który sama sobie znalazłam i postanowiłam chociaż koncepcyjnie rozwiązać. Oficjalnie KGHM nie przyznaje, że Żelazny Most, czyli wysoki na ponad 70 m zbiornik, w którym składuje się wielkie ilości odpadów po wydobyciu metali, jest problemem. Moim zdaniem, jednak jest. Zaintrygowało mnie, gdy przeczytałam, że Japończycy chcieliby go kupić. Dlaczego ktoś chciałby kupić zbiornik śmieci? Gdy zaczęłam drążyć, okazało się, że Żelazny Most można by traktować jak odkrywkową kopalnię metali, a nie zbiornik na odpady powydobywcze. Znajduje się ich tam blisko miliard ton, a w każdej tonie mamy wiele metali i innych pierwiastków w drobnych frakcjach. Tylko jak te wartościowe metale wydobyć? Od lat prowadzę badania na temat oczyszczania terenów roślinami, bo one nie tylko oczyszczają powietrze czy wodę, ale także mogą „wydobywać” metale.

Ale jak je potem z nich pozyskać?

Najpierw jest jeszcze problem, jak w ogóle posadzić w takim miejscu rośliny. Nie przetrwałyby bezpośrednio na Żelaznym Moście. Dlatego zaproponowałam zrobienie nakładki na zbiornik z platformą wydobywczą, za pomocą której zasysane byłyby znajdujące się w nim odpady. Następnie, w postaci rozcieńczonej, byłyby rozprowadzane przez system upraw hydroponicznych. Najpierw przechodziłyby przez rośliny, które specjalizują się w „wyciąganiu” konkretnych metali. Na samym końcu wykorzystalibyśmy te, które pobierają resztę substancji, całkowicie oczyszczając ziemię z małych frakcji. Potem zacząłby się technologiczny proces ekstrakcji pierwiastków z roślin. Najlepsze rozwiązanie, które jak dotąd znalazłam, to piroliza, czyli degradacja w wysokiej temperaturze i bez dostępu tlenu. W wyniku tego procesu powstałby biowęgiel zawierający większość metali. Wydobycie metali z tego popiołu to już proces czysto chemiczny, uzależniony od tego, z jakim pierwiastkiem mamy do czynienia. Po oczyszczeniu biowęgla, moglibyśmy go następnie wykorzystać do produkcji terra preta, czyli najżyźniejszego czarnoziemu.

Jak rozumiem, problemem jest też zakres tego procesu: musiałby się odbywać na skalę przemysłową, jeżeli miałby być opłacalny.

Tak. Takie innowacyjne i dobre dla Planety rozwiązania są już często dostępne, tylko jeszcze nieopłacalne ekonomicznie. Tak jest na przykład przy pozyskiwaniu dwutlenku węgla z atmosfery i tworzeniu z niego betonu. Mamy opracowaną technologię, kilka firm ma swoje własne patenty, ale barierą jest opłacalność. Rozmawiałam z przedstawicielami firmy Lafarge, która jest jednym z głównych producentów betonu, i oni otwarcie mówią, że znają i monitorują takie technologie, ale są one jeszcze nieopłacalne. A zatem teoretycznie mamy możliwość, żeby oczyszczać atmosferę i zmniejszyć zmiany klimatyczne, ale nie korzystamy z tego, bo nam się nie opłaca!

Czy pomysłem na Żelazny Most udało Ci się może zainteresować KGHM?

Jesteśmy w fazie wstępnych rozmów, ale współpraca – jeżeli się rozwinie – będzie polegała na ścisłym współdziałaniu z ich laboratorium. Chcę zrobić z tego większy grant badawczy we współpracy z którymś wydziałem bioinżynierii, ale na razie nie ma większych konkretów. Duże firmy potrzebują dużo czasu.

Rozmawiamy o bardzo ciekawych rzeczach, ale na razie skupiamy się głównie na Twojej działalności badawczo-popularyzatorskiej. Opowiedz o jednym z komercyjnych zleceń, w którym z jednej strony stosujesz te ciekawe rozwiązania, a z drugiej pozwala ono zarobić.

Jeden z takich projektów to szczeciński Dom Jutra dla IKEA. Przez ponad pół roku współpracowałam z agencją kreatywną Must be Loud z Warszawy, która wraz z Gustawem Jakubowskim z IKEA odpowiadała za to przedsięwzięcie. Projekt od strony architektonicznej prowadziła Justyna Puchalska, wspierała ją Joanna Jurga, a ja byłam odpowiedzialna za to, co najbardziej lubię – czyli za zrównoważone, innowacyjne i zdrowe rozwiązania dla wnętrz, interior landscaping oraz za sposoby domowej hodowli żywności. Moim zadaniem było stworzenie przestrzeni, która przez użyte materiały, światło, roślinność będzie „dbała” o dobrostan znajdujących się w niej osób. Nawet podczas zamknięcia, na przykład w czasie pandemii. Tym projektem chcieliśmy pokazać, że takie zdrowe przestrzenie możemy kreować sami dla siebie, z dostępnych materiałów. We wnętrzu znalazło się między innymi pomieszczenie, które nazwaliśmy Domową Farmą, pokazujemy tam, jak można w prosty sposób hodować mikroliście, warzywa i spirulinę. Przez dwa tygodnie szlifowałam, wycinałam i sadziłam, budując po kolei każdą z farm. Pomagały mi też osoby z mojego zespołu. Szczególnie zadowolona jestem z zamontowanej w Domu Jutra lampy, nad którą dosyć długo pracowałam. Nazwaliśmy ją Domowe Słońce, bo symuluje światło słoneczne. To jest chyba największa antydepresyjna lampa na świecie, ma blisko 3,5 na 3 m. System stopniowo włącza ją kilka razy na dobę, zmiany natężenia są powolne, dzięki czemu nie ma efektu olśnienia, tylko takie błogie uczucie... Byłam na miejscu dzień po otwarciu i już wtedy przychodziły osoby specjalnie na sesję naświetlania. Zdarzało się, że ludzie tam zasypiali, ktoś nawet pochrapywał. A do tego w lampie są żarówki UVB, które sprawiają, że w organizmie syntetyzuje się witamina D3!

Czy takie urządzenie można zamontować u siebie w domu?

Można. Wymaga to trochę zaangażowania, bo choć wszystkie komponenty są ogólnodostępne, to, by miały działanie terapeutyczne, należy je odpowiednio połączyć. Marzy mi się jeszcze stworzenie gdzieś ogromnego pomieszczenia przeznaczonego tylko i wyłącznie do relaksu przy odpowiednio dużej lampie. Bo w Domu Jutra to jest jednak przestrzeń wielofunkcyjna i stosunkowo niewielka, która nie pozwala na pełną immersję.

Często stosujesz różne rodzaje światła jako świadomy zabieg projektowy?

Tak, w moich projektach zawsze było dużo elementów związanych ze światłem. Nawet w tradycyjnych wnętrzach, które realizowałam wcześniej. Obecnie nie wybieram zleceń, w których głównym wyznacznikiem jest dizajn, walory wizualne i estetyczne. Chcę projektować przestrzenie we wszystkich wymiarach skrojone na miarę naszych czasów. Teraz na przykład robię ciekawy projekt w Oslo – Dep.artment to dom przyszłości, który znajdować się będzie w dawnym atelier norweskiego artysty Ole Sjølie. Projektuję tam między innymi kuchnię, w której pożywienie jest hodowane na miejscu, a posiłki mogą być drukowane z wyhodowanych składników. Gotowanie w niej ma być na ile to tylko możliwe no waste. Jest tam zamknięty obieg wody i różne tradycyjne, nieenergochłonne sposoby przechowywania żywności. W całym domu dobieram też nazwijmy to „oświetlenie”, tak by długość fali była odpowiednia i najbardziej korzystna dla naszego zdrowia. Nie korzystam jedynie ze światła widzialnego, ale z całego bezpiecznego i dobroczynnego dla naszego organizmu spektrum elektromagnetycznego, które może wpływać na nasz nastrój, ale też na skórę, mięśnie, hormony i sen.

Czy myślisz, że takie rozwiązania mogą przejść ze sfery eksperymentu i sztuki do codziennego użytku?

Myślę, że tak. Taka kuchnia jest sto razy bardziej przyjazna i przystępna niż kuchnia z MDF! Mając ją, możemy rzadziej korzystać z typowych sklepów, częściej za to odwiedzać sklepy ogrodnicze, by kupić nasiona lub sadzonki. Zużyjemy także o ponad połowę mniej wody czy energii niż w tradycyjnych kuchniach. W swoich projektach staram się używać trwałych, ekologicznych oraz ogólnodostępnych materiałów i do tego, jeśli mogę, udostępniać instrukcje, jak pewne rzeczy zrobić samemu. Ja sama korzystam ze skarbnicy wiedzy jaką jest Youtube i doceniam tamtejsze specjalistyczne filmiki DIY. Chciałabym się też odwdzięczyć, pokazywać, że wiele rzeczy jest tak naprawdę bardzo prostych do wykonania. Temu służy między innymi Domowa Farma z ikeowskiego Domu Jutra, w której rośnie bardzo dużo jadalnych roślin. Skala tej instalacji jest na pierwszy rzut oka onieśmielająca, ale tak naprawdę każdy z pojemników to osobna niewielka uprawa. Wystarczy tylko jeden komponent, jedna półka i już w zasadzie jesteśmy farmerami u siebie w domu. Na stronie domjutra.online można ściągnąć instrukcje, jak zbudować własne farmy.

No tak, ale w jednym pojemniku wyhodujemy zaledwie trzy pomidory. To nie będzie znaczący wkład w naszą dietę.

Dobrze jednak od czegoś zacząć. Jestem zdania, że nie trzeba mieć gigantycznej przestrzeni. Można zrobić nawet malutką kuchnię w obiegu zamkniętym pod warunkiem, że się ją zaprojektuje i zbuduje w tym celu od podstaw. A przecież często robimy kuchnie na zamówienie, więc tak naprawdę wystarczy, że na początku odpowiemy sobie na pytanie, jaką chcemy – standardową czy zrównoważoną. Przyznam jednak, że na razie wymaga to jeszcze sporo kombinowania. Kuchnia w lofcie w Oslo jest niewielka, a i tak spędziłam nad nią wiele czasu, wymyślając na przykład w jaki sposób wykorzystywać techniczne ciepło z zamrażarki albo jak zamknąć obieg wody. Zauważam, że mamy dużo rozwiązań, które wystarczyłoby tylko troszkę zmodyfikować, żeby ograniczyć nasz wpływ na środowisko. Często wystarczy także wrócić do rozwiązań stosowanych przez nasze babcie, nie wymagających supertechnologii.

Wprowadzenie jednej, czy nawet stu kuchni z obiegiem zamkniętym nic nie zmieni. Zmianę spowodować może dopiero skala, czyli system i prawodawstwo, albo bardzo łatwo dostępne elementy, do kupienia powiedzmy w IKEA. Pasjonatów, którzy obejrzą sobie filmik na Youtubie i będą składać kuchnie, jest za mało, żeby zrobili różnicę.

No tak, ja też wszystkim tych kuchni nie zaprojektuję... Masz rację, przydałby się system i łatwe do montażu komponenty kuchenne, najlepiej do dostania w sieciówkach. Tymczasem staram się o taką systemowość w malej skali. Aby z elementami przyjechać na miejsce i tylko je podłączyć do mediów. To w ogóle dobry pomysł, który muszę poruszyć z inwestorem w Olso, czy nie byłby zainteresowany, żeby nasz projekt wdrożyć do szerszej produkcji. Bo to nie jest inwestor prywatny, który zamknie się ze swoją kuchnią na klucz i tyle. Ona ma być docelowo przestrzenią otwartą, miejscem spotkań naukowców i artystów, rezydencji artystycznych. Będą z niej też korzystać znani norwescy szefowie kuchni, żeby przygotowywać dania z robaków, spiruliny albo drukować je w 3D. Nasz projekt ma też charakter edukacyjny, pokazuje, jak może wyglądać przyszłość. Widzę tu również swoją rolę – moje wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań w małej skali ma walor edukacyjny.

Czy praca wpływa też na Twoje codzienne życie, nawyki? Czy hodujesz sama rośliny, jadasz robaki?

Staram się stosować rozwiązania, które projektuję. Robaki jadłam, przyznam się, dopiero raz, całkiem niedawno. W formie ciasteczek upieczonych przez moje studentki ze School of Form, Klarę Malinowską i Dobrawę Orłowską. Przygotowały bardzo fajny projekt farmy, w której wyhodowały mączniki, zmieliły na mąkę i upiekły ciasteczka. Bardzo dobre! Próbowałam też ogórkowego mącznika – one smakują tym, czym je nakarmisz. Te akurat miały smak ogórka, z charakterystycznym dla mączniaków orzechowym posmakiem. Zdarzyło się to podczas zajęć prowadzonych w partnerstwie School of Form z IKEA. Studenci tworzyli swoje własne farmy na komponentach IKEA. Powstała farma grzybów, robaków oraz spiruliny, hodowla aquaponiczna i aeroponiczna. Wyszło wspaniale. W domu sama hoduję spirulinę, hodowałam też grzyby i uczyłam się, jak je rozmnażać. Poza tym testowałam wszystkie uprawy, które wprowadzałam w Domu Jutra. Musiałam najpierw sprawdzić, czy to działa! Moja ulubiona technologia to zdecydowanie aeroponika, jest najbardziej oszczędna, jeśli chodzi o wodę i daje świetne plony.

Jakie masz plany na przyszłość?

Jest bardzo dużo tematów, którymi się jeszcze nie zajęłam, a które chciałabym eksplorować. Moje holistyczne podejście do projektowania wymaga prowadzenia wielotorowych badań w różnych dziedzinach. Dlatego nie mam jednego nurtu zainteresowań. Teraz zaczęłam się fascynować energią. Na przykład w jaki sposób możemy tworzyć ogniwa fotowoltaiczne z odpadków żywnościowych. Mamy tu mało dostępnych informacji, więc czeka mnie testowanie swoich pomysłów. Chciałabym to zagadnienie rozwijać także ze studentami. School of Form daje mi możliwość wybierania tematyki zajęć, za co jestem im niezwykle wdzięczna. Chciałabym też współtworzyć instytut naukowy, zrzeszający wielu specjalistów, w którym można by realizować złożone projekty w zespołach multidyscyplinarnych. Mogłyby się do nas zgłaszać osoby lub firmy, które potrzebują kompleksowych rozwiązań.

Taki think-tank?

Właśnie tak. Zajmujący się rozwiązywaniem złożonych problemów na zlecenie, ale przy okazji też cały czas poszukujący rozwiązań i możliwości niezależnie. Na przykład w kwestii energii: skąd może pochodzić, gdzie możemy ją wysyłać i jak przechowywać? Istnieje problem data warming, o którym na razie niewiele się mówi. Do 2025 roku 20% energii światowej ma być wykorzystywane na przechowywanie i transmisję danych. Na serwery, które przechowują internet, przelewy bankowe, smsy, scrolowanie Instagrama… To jest zatrważające – cokolwiek zrobimy, pojawia się nowy problem. Także jako projektanci musimy zdawać sobie z tych zagrożeń sprawę. Z obciążenia środowiska przez dane, z globalnego ocieplenia. Z problemów z wytwarzaniem i przechowywaniem energii, z tego, że zanikają gleby żyzne. To są właśnie tematy, które mnie interesują. Myślę, że można je rozwiązywać projektowo.

Będzie się ich więc pojawiać coraz więcej...

Problemem jest wdrożenie rozwiązań. Tu zaangażować trzeba tabuny specjalistów i prawników. Teraz praktycznie nikt nie jest w stanie wdrożenia ogarnąć samodzielnie. Im bardziej skomplikowana rzecz, tym więcej specjalistów jest do tego potrzebnych. Stąd moje dążenie do stworzenia mocnego zespołu. Mam nadzieję brać udział w dużych i skomplikowanych projektach, a tego nie da się robić w pojedynkę.

Świat potrzebuje rozwiązań swoich złożonych problemów, więc trzymam kciuki! Na koniec, moje ostatnie tradycyjne pytanie: jesteś architektem czy architektką? Widzę, że mówisz o sobie zawsze jako o architektce, więc może sprawa jest oczywista. Jesteś najmłodszą z moich dotychczasowych rozmówczyń i może w Twoim pokoleniu ta kwestia jest już bezdyskusyjna?

Muszę przyznać, że kiedyś byłam architektem… Był taki moment, zaraz po studiach, gdy wydawało mi się, że świat inwestorów, projektów, podwykonawców jest stricte męski. Przedstawiałam się jako architekt, bo wydawało mi się, że to daje większe pole rażenia, że jest bardziej poważne. Architekt to przecież poważny pan z wąsem! I tak też chciałam być traktowana. Na szczęście już tych wąsów nie potrzebuję. Bardzo wierzę w słowa, które mogą nieść zmiany w świecie, które kształtują świadomość i rzeczywistość. Słowa są kodem dla naszego mózgu. Gdy w kodzie zmienimy jedno słowo, cały program zaczyna działać inaczej. Dlatego uważam, że zmiana końcówek na żeńskie dała nam, kobietom, miejsce w naszych głowach na same siebie.

Paulina Grabowska, architektka i projektantka innowacji, w swoim warszawskim studio NAS-DRA Conscious Design bada oraz projektuje schematy gospodarki o obiegu zamkniętym, procesy łagodzenia zmian klimatu, a także miejskie farmy. Uważa, że najcenniejsze, a zarazem najmniej wykorzystywane zasoby na Ziemi to różnego rodzaju zanieczyszczenia. Jest wykładowczynią w School of Form na Uniwersytecie SWPS oraz członkinią międzynarodowej sieci Brain Trust Boma Global, fot. archiwum Pauliny Grabowskiej

NOWY NUMER

[architektura-issue-generator] - Zajawka kup dostęp - górna

Kup dostęp
Architekura - zajawka 05/2020

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum