Rafał Mazur
Jakość architektury rodzi się w skupieniu. Trudno ją osiągnąć w korporacyjnych warunkach - mówi Rafał Mazur w rozmowie z Aleksandrą Czupkiewicz [W WYDANIU CYFROWYM DŁUŻSZA WERSJA WYWIADU].
W zgłoszeniu do 10. edycji konkursu ŻYCIE W ARCHITEKTURZE wraz z Łukaszem Gajem piszecie, że osiedle w Łowiczu (otrzymało wyróżnienie – przyp. red.) jest alternatywą dla polskiej mieszkaniówki, a za słabą jej jakość odpowiedzialni są nie tylko inwestorzy, lecz w dużej mierze architekci oraz krytycy architektury, którzy nie dostrzegają złożoności problemu oraz parametrów odpowiadających za dobrą przestrzeń zamieszkiwania. Z jakich powodów możemy mówić w przypadku Łowicza o alternatywnej mieszkaniówce? Bo może powinniśmy tego słowa unikać, kiedy klatki schodowe są niedoświetlone, dwa z trzech zaprojektowanych budynków to korytarzowce, ok. 70-metrowe mieszkania są 5-pokojowe i mają tej samej wielkości balkon jak 30-metrowe kawalerki? Może zamiast tego powinniśmy po prostu mówić o dobrze zaprojektowanym budynku przy zadanych, konkretnych realiach. Jak Pan sądzi?
W naszych realiach dobrze zaprojektowany wielorodzinny budynek mieszkalny to niestety alternatywne podejście. Mam na myśli układy mieszkań. Jest mnóstwo pięknych i drogich elewacji, które skrywają mało atrakcyjne rozwiązania funkcjonalne. W ciągu ostatnich lat trudno znaleźć przykłady, w których architekci starają się projektować przewietrzane mieszkania. Przepisy pozwalają na realizację jednostronnych wielopokojowych, co moim zdaniem jest substandardem. Na zajęciach dla studentów z mieszkaniówki trzymamy się zasady, według której przewietrzanie zapewniamy mieszkaniom od trzech pokoi włącznie. W przypadku osiedla w Łowiczu założyliśmy, że ta możliwość pojawi się nawet w niewielkich, ponad 40-metrowych, dwupokojowych mieszkaniach. W typologii korytarzowca trakt rozcięty jest na pół, pozwalając na usytuowanie tylko jednostronnych nieprzewietrzanych mieszkań, jak na warszawskim osiedlu Za Żelazną Bramą (1965-1972, proj. Jerzy Czyż, Jan Furman, Andrzej Skopiński, Jerzy Józefowicz, Marek Bieniewski, Stanisław Furman – przyp. red). Układ komunikacji budynków osiedla w Łowiczu jest tego przeciwieństwem, ponieważ opiera się na wytworzeniu możliwości zaprojektowania mieszkań przewietrzanych. Na rzucie kondygnacji naszych budynków widać, że dojścia do lokali ograniczone są do minimum, wykorzystując ich długość jedynie do obsługi szafek licznikowych i obejścia klatki schodowej z windą.
Jeżeli w mieszkaniówce za publiczne pieniądze mam wybór pomiędzy dodatkowymi oknami w lokalach lub w klatce, wybieram to pierwsze. W ten sposób lepiej wykorzystam każdy kosztowny metr budowy. W Łowiczu, Zamościu, ale również w projekcie typowym BGK podjęliśmy z Łukaszem Gajem świadomą decyzję, aby klatki schodowe lokalizować w centralnej, jak najciemniejszej części budynku, ograniczając jednocześnie ich powierzchnie do minimum. Tego nauczyły nas historyczne dobre przykłady jak np. Sady Żoliborskie, autorstwa Haliny Skibniewskiej.
Relacja jak największej ilości pokoi do wielkości mieszkania pozwala na wybór. Na mieszkanie składają się często dwa lub trzy pokolenia, a możliwość wyodrębnienia dodatkowego pomieszczenia może znacznie ułatwić życie powiększającej się rodzinie. Ściankę działową można później zburzyć i uzyskać bardziej luksusowe mieszkanie. Trudno natomiast dodać pokój do mieszkania, w którym brakuje kolejnego okna. Na polskim rynku deweloperskim zbyt często spotykamy ponad 40-metrowe mieszkania, w których zaprojektowano jedynie dwa okna na krótkim odcinku ściany zewnętrznej, rzadko przekraczającym sześć metrów.
Dlaczego ktoś z mniejszego lokum miałby mieć mniejszy balkon? W naszym podejściu do mieszkaniówki staraliśmy się operować podobnymi elementami jak balkony, łazienki czy sypialnie. Do dzisiaj pokutuje zwyczaj pochodzący z czasów normatywów projektowania wąskich sypialni, w domyśle dla dzieci, do których nie można wstawić pełnowymiarowego łóżka. Dlaczego dzieci miałyby mieć mniejsze sypialnie? Bo są mniejsze? Nawet gdyby przyjąć tak dziwne założenie, to warto zauważyć, że proces dorastania trwa kilkanaście lat. Największy trik deweloperski naszych czasów to oferowanie olbrzymich balkonów i loggii, za którymi ukryte są mało funkcjonalne mieszkania. Koszt metra balkonu to jedna czwarta ceny za metr mieszkania, łatwo więc zrozumieć tę formę promocji. Może przekornie chcieliśmy zadziałać wbrew tej tendencji?
W przypadku osiedla w Łowiczu wielu lokalom towarzyszy z okien widok na parking...
Miejsca parkingowe to duży niechciany problem, z którym musimy sobie radzić na różne sposoby. Nie wiadomo, jak potoczą się losy motoryzacji i czy podziemne garaże okażą się w przyszłości zbędną kubaturą. Te naziemne mogą się kiedyś zamienić w przestrzeń publiczną. W Łowiczu staraliśmy się rozlokować je po obwodzie osiedla, aby powiązać je bardziej z zewnętrznym układem ulic. Udało nam się zaprojektować cztery zjazdy, aby maksymalnie je od siebie rozdzielić funkcjonalnie. W tym samym czasie projektowaliśmy osiedle w Zamościu, gdzie współczynnik miejsc parkingowych był jeszcze większy. Postanowiliśmy zlokalizować je wzdłuż wewnętrznych ulic, przez co stały się wizualnie jej integralną częścią, a nie odrębnym parkingiem.
Parkingi najlepiej wzbogaca wysoka zieleń, dlatego w Łowiczu zaprojektowaliśmy regularną siatkę drzew. Choć dzisiaj są jeszcze małe, za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat całkowicie zmienią tę przestrzeń. Przesadzanie wyrośniętych drzew jest niepotrzebnym wydatkiem i działaniem wbrew naturze. Dziesięć lat temu miałem okazję zwiedzać rzeszowskie osiedla z ich autorem, nieżyjącym już, Józefem Polakiem, który zobaczył je wtedy pierwszy raz od lat 50. Architektura zeszła na dalszy plan. Przez cały wyjazd był pod wrażeniem pięknych dużych drzew. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że projektujemy na dziesiątki lub nawet setki lat.
Odniesienia do istniejącej architektury wydają mi się niezbędnym elementem procesu projektowego. Sama w pracy korzystam z Housing Design: A Manual od NAi Publishers, który segreguje mieszkaniówki pod kątem typologii, kontekstu oraz urbanistyki.Brakowało takiej pozycji na polskim rynku. Wspólnie z Piotrem Trębaczem wypełniliście tę lukę tytułem Sekcja. Architektura domów wielorodzinnych w Polsce 1918-2023. Zaczynacie od roku zakończenia I wojny światowej. Jakie zmiany zaszły wówczas w zamieszkiwaniu?
To wtedy właściwie zaczęła się mieszkaniówka, jaką znamy dzisiaj. W 1919 roku odbyły się pierwsze powszechne wybory, bez względu na płeć czy wyznanie, co było na świecie rzadkością. Demokratyzacja kraju wiązała się też z demokratyzacją przestrzeni. Hierarchiczny układ kamienicy związany z dostępem pomieszczeń dla najlepiej sytuowanych mieszkańców od strony fasady uległ zmianie, teraz wszystkie ściany budynków zaczęły być równomiernie wykorzystywane. I choć demokracja skończyła się po kilku latach, to mieszkaniówka nadal się rozwijała. Do głosu doszło nowe pokolenie architektów, dla których funkcjonalizm stał się dominującym nurtem. Najpopularniejszą typologią były proste, jednoklatkowe kamienice rozsiane po całej Polsce, budowane oddolnie przez drobnych inwestorów i małe spółdzielnie mieszkaniowe. Klatki schodowe z lastriko, doświetlone często pionowymi „termometrami” oraz bramy do podwórza o powtarzających się wymiarach wynikały bezpośrednio z przepisów z 1928 roku. Pragmatyzm budowania wprowadził funkcjonalistyczną estetykę z gładkimi fasadami i powtarzającymi się typami okien. Jest w tym jakaś zbiorowa mądrość, której nie można przypisać konkretnemu architektowi. I to wydaje mi się najciekawsze.
Jeśli w okresie międzywojnia mówimy o zbiorowej mądrości, to w latach 90. panowało zbiorowe szaleństwo...
Na pewno lata transformacji zadziwiają oryginalnością. Wówczas największą ambicją architekta był budynek, który wyglądałby jak ten na Zachodzie. Budowano wtedy najmniej od lat 50., a z mieszkań, które powstały, korzystali najbogatsi. Nadzieją były TBS-y i chyba ich realizacje można uznać za najbardziej wartościowe, np. Kwartał Turzyński w Szczecinie. Pod koniec lat 90., kiedy na rynku zaczęły pojawiać się kredyty mieszkaniowe, własne lokum stało się produktem. I do dziś odpowiednio liczony jest każdy metr.
Okres po 1989 roku jest również szczególny dla struktur pracy w architekturze. Państwowe Biura Projektowe przestają działać, powstają pierwsze prywatne firmy architektoniczne. Dziś rzadko już funkcjonują tak duże pracownie jak te z końca lat 2000. Jest też coraz mniej biur młodych architektów. Czy to trudny moment dla absolwentów? Co doradziłbyś im jako start w zawodzie?
W naszym środowisku dominuje mit z czasów transformacji ustrojowej, że im większa pracownia, tym lepsza. Wybitni architekci zakładają duże biura, w których nie mają już czasu na rysowanie. Odchodzą od istoty naszego zawodu, ich głównym zajęciem staje się poszukiwanie zleceń. Tymczasem jakość architektury rodzi się w skupieniu, trudno ją osiągnąć w korporacyjnych warunkach. Projektując w mniejszych zespołach lub w pojedynkę, architekt bardziej odpowiada specyfice swojej profesji, którą definiuje się przecież jako wolny zawód. Najlepiej zacząć więc od praktyki w pracowni, która może nas realnie czegoś nauczyć. To okres maksymalnego czerpania wiedzy i zdobywania doświadczenia. Zachęcałbym każdego, aby po uzyskaniu uprawnień spróbował pracy na własną rękę. Jest to droga pełna niepewności oraz braku stabilności finansowej, ale warto zapłacić taką cenę za wolność, która stanowi dużą wartość w tym zawodzie. Kiedy nie wygrywa się konkursów, co bywa raczej normą, zawsze można ratować budżet przetargami publicznymi. Ten jeden na dziesięć może okazać się ciekawy i opłacalny. W drodze przetargu miałem możliwość zaprojektowania Domu Kultury w Katowicach i do dzisiaj uważam to za wspaniałą przygodę. Wydaje mi się, że trzeba ryzykować, a łatwiej to robić, mając 30 lat. Od siedmiu lat nikogo nie zatrudniam. Po latach zarządzania niewielkim zespołem zaczęło mi brakować skupienia charakterystycznego dla prac z czasów studenckich i pierwszych lat po ukończeniu uczelni. Zakładam, że lepiej zaprojektować mniej, a lepiej. Ten model pracy wydaje mi się również bardziej atrakcyjny pod względem finansowym. Sam rysując swoje projekty, odczuwam większą frajdę i mogę za nie wziąć pełną odpowiedzialność. W przypadku większych realizacji, jak osiedla mieszkaniowe, zawsze można połączyć siły z kolegami po fachu. Wymiana doświadczeń oraz krytyczne spojrzenie współautora na równych zasadach są bardziej twórcze niż praca w hierarchicznym środowisku korporacji. W Polsce istnieją małe biura, w których powstają uznane projekty. Gdyby wśród ambitnych architektów dominował taki model uprawiania zawodu, mielibyśmy lepszą przestrzeń. Wielkie pracownie nie drenowałyby rynku zleceń, a doświadczeni architekci mogliby w skupieniu zająć się projektowaniem.