Jak zbudować (nie)zwykłe osiedle mieszkaniowe?
Przeglądając materiały marketingowe polskich deweloperów, można odnieść wrażenie, że wszyscy próbują sprzedać mniej lub bardziej dookreślone marzenie pod dość generycznymi szyldami. Osiedle Bursztynowe, Zielona Dolina, Słoneczne Tarasy, Apartamenty Marina. Każde musi być wyjątkowe, wyróżniające się, dopasowane do potrzeb. W istocie jednak pod unikalnymi sloganami kryją się te same rozwiązania. Nazwa obiecuje las, dolinę, a za szlabanem stoi blok jak każdy inny.
Wyjątkowość polskiego osiedla deweloperskiego dotąd była najczęściej wyjątkowością marketingową. To samo wyzwanie towarzyszy jednak również architekturze. Polski dyskurs architektoniczny, podobnie zresztą jak globalny, lubi się ekscytować formą. Estetyka jest oczywiście ważna, ale w kontekście osiedli mieszkaniowych powinna wynikać z założeń urbanistycznych – ze skali, z relacji z miastem oraz np. sposobu, w jaki ludzie korzystają z parteru. Siła większości projektów, do których będę się tu odwoływać, w ogóle nie bierze się z ich wyglądu. Zwykle są one skromne, zupełnie pozbawione ikonicznych ambicji. A jednak każde z nich może być wzorem do naśladowania. Działają, bo ich projektowanie zaczęło się od doświadczenia mieszkańca, antropologii i psychologii środowiskowej, obserwacji ludzkich zachowań w przestrzeni publicznej.
Ostatnio Artur Celiński z wyraźnym zachwytem podesłał mi zdjęcia relatywnie niewielkiego osiedla Huebergass w szwajcarskim Bernie. Cóż było w nim takiego fantastycznego? Odpowiedź jest mało spektakularna – chodzi o czteropiętrową zabudowę, drewno, tynk, wewnętrzny dziedziniec, aktywny parter, wąską uliczkę, drzewo, ławkę, plac zabaw, no i dobrą skalę. Niezwykła zwykłość, którą trudno sprzedać marketingowo. Ale wszystkie te kwestie mają swoje uzasadnienie – są świadomym zabiegiem, który ma pomóc we właściwym rozwoju życia w tej architekturze. Ten tekst jest właśnie o tych zabiegach – działaniach i decyzjach projektowych, które mają znaczenie dla człowieka, a nie dla marketingu.
Skala człowieka, skala ulicy
Pierwszym krokiem jest podjęcie decyzji o skali. Brzmi banalnie, ale większość problemów osiedli zaczyna się właśnie tutaj. W uproszczeniu jest to pytanie o stosunek wysokości zabudowy do szerokości przestrzeni między budynkami. Kiedy ulica jest węższa niż wysokość budynków po obu stronach, traci się niebo, słońce i kontakt z oknami sąsiada naprzeciwko. Kiedy jest szersza, znika poczucie kameralnego wnętrza.
Skala działa też w drugą stronę, do wewnątrz. Z piątego piętra jesteśmy jeszcze w stanie normalnie obserwować dziecko bawiące się na dziedzińcu. Usłyszymy także normalnie rozmawiających sąsiadów. Widoczna z dwunastej kondygnacji perspektywa jest już zupełnie inna. Balkon przestaje być przedłużeniem mieszkania w przestrzeń wspólną, staje się półką do suszenia prania albo schowkiem na rower. Przy zachowaniu właściwej skali balkony, loggie i tarasy mają szansę spełniać funkcje nie tylko mieszkaniowe, ale też społeczne. To one aktywują fasadę od strony dziedzińca i tworzą szansę zaistnienia zjawiska, które Jane Jacobs nazywała oczami patrzącymi na ulicę.
Västra Hamnen w Malmö, pierwsza dzielnica Bo01 z 2001 roku (zbudowana na masterplanie Klasa Thama) pokazuje, że tę proporcję da się trzymać nawet przy zróżnicowanej zabudowie. Niewielkie różnice wysokości i krzywizn fasad eliminują monotonię, ale skala nigdy nie wychodzi poza pięć-sześć kondygnacji w głębi dzielnicy. Osiedla źle zaplanowane zbyt często ignorują kwestię skali i zachowania właściwych proporcji. Wąskie korytarze między ośmiopiętrowymi blokami na przedmieściach Krakowa nie mają nic wspólnego ze skalą człowieka. To przestrzenie, których punktem wyjścia była maksymalizacja gęstości zgodnie z warunkami zabudowy. Z drugiej strony, podmiejskie osiedla szeregowców w zabudowie łanowej również tracą jakikolwiek charakter (choć specjaliści od marketingu próbują go zniwelować opowieściami o wyjątkowym doświadczeniu niskiej gęstości zabudowy).