Diane Davis: kobiety zbudują lepsze miasta

2020-02-26 17:37 Rozmawiała: Agata Twardoch

Poruszam się w sferze pewnego uogólnienia, stereotypu, ale jednak myślę, że kobiety mogą budować lepsze miasta, bo są otwarte na negocjacje i kwestionują hierarchiczną strukturę zarządzania, zastępując ją układem horyzontalnym – mówi Diane Davis, socjolożka i wykładowczyni Harvard Graduate School of Design. Rozmową z nią otwieramy nowy cykl poświęcony kobietom zajmującym się projektowaniem.

Agata Twardoch: Spotkałyśmy się z okazji konferencji HERCity zorganizowanej przez Gabielę Rembarz i Justynę Martyniuk-Pęczek na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej w październiku 2019 roku. W związku z tym wydarzeniem chciałbym porozmawiać z Tobą o kobietach w architekturze i urbanistyce. Temat jest dla mnie osobiście ważny, bo po piętnastu latach pracy w zawodzie wyraźnie widzę inny status kobiet i mężczyzn w tej branży.

Diane Davis: Kwestia kobiet w architekturze i seksizmu w branży jest szeroko dyskutowana także u nas w Stanach Zjednoczonych i na samym Harvardzie. Jedna z form reakcji to mobilizacja. Dobrym przykładem jest ruch społeczny, który rozpoczął się na GSD (Harvard Graduate School of Design), skupiony wokół studenckiego stowarzyszenia Women in Design. To właśnie jego założycielki, oprócz wielu innych przedsięwzięć, zorganizowały akcję zbierania podpisów pod petycją przyznania Denise Scott Brown nagrody Pritzkera. Petycję podpisało ponad 20 000 osób! Tym co najbardziej mobilizuje architektki do działań na rzecz zmiany status quo jest sposób organizacji pracy w zawodzie oraz brak równowagi w mieszanych duetach projektowych. Pierwsza kwestia: kobietom, zwłaszcza jeśli są zamężne i mają dzieci, trudno poświęcić na pracę tyle czasu, ile standardowo wymaga się od architektów. Odczuwają zatem presję zarówno w domu, jak i w biurze. Druga kwestia: przykład projektujących par, w których uznanie zdobył jedynie mężczyzna. To przecież także przypadek znanego i docenianego Alvara Aalto. A co z Aino Aalto i Elissą Aalto – kolejnymi żonami, które nie tylko współpracowały z Alvarem, ale tworzyły także samodzielnie? W Muzeum Sztuki na Harvardzie mieliśmy ostatnio dużą retrospektywną wystawę Josefa i Anni Albers. Studenci byli zdziwieni, jak wiele wspaniałych prac wykonała Anni, a przecież dotąd słyszeli głównie o Josefie. Ta wystawa była przyczynkiem do debaty, która przetoczyła się przez uczelnię; debaty wokół kwestii, czy uznanie w dziedzinie architektury i sztuki jest uzależnione od płci. Fakt, że kobiety nie zdobywają uznania za pracę, nawet jeśli jest to ta sama praca, którą wykonują mężczyźni, jest obecnie jedną z poważnych trosk młodego pokolenia przyszłych architektek. Z drugiej strony przez lata główną troską kobiet zaangażowanych w architekturę nie było nawet to, czy zostaną rozpoznane, tylko pytanie, czy wytrwają w zawodzie. Czy dadzą radę fizycznie pogodzić tradycyjnie bardzo wymagającą pracę – stuprocentowe zaangażowanie oraz hierarchiczną strukturę w pracowniach – z obowiązkami domowymi i życiem prywatnym? Bo nie tylko architektura ukształtowana jest z męskiej perspektywy, ale także sama forma i organizacja pracy architektów. Mężczyźni, którzy kształtowali tę profesję, historycznie nigdy nie musieli martwić się o dom, dzieci, czy codzienną logistykę. Bardzo trudno jest łączyć pracę w tak funkcjonującej branży z rodziną.

Ten konflikt pomiędzy pracą a rodziną jest obecny w wielu profesjach, szczególnie tych tradycyjnie wykonywanych przez mężczyzn. Czy myślisz, że jest tu szansa na zmianę?

Działania wielu ruchów społecznych odnoszących się do sprawy kobiet w architekturze skierowane są na dwie kwestie. Po pierwsze na docenienie projektujących kobiet, a po drugie właśnie na kontekstualizację samego procesu pracy – wpisanie go w szerszy kontekst społeczny.

W Polsce ostatnio bardzo zmieniły się proporcje studiujących architekturę dziewczyn i chłopaków. Kiedyś zdecydowanie przeważali studenci, obecnie około 80% stanowią studentki. Czy ta zmiana, gdy wszystkie te dziewczyny wejdą do zawodu, może mieć wpływ na samą architekturę albo na formę wykonywania zawodu?

Podobne zjawisko widoczne jest i u nas, na Harvardzie. Jest to zatem zapewne globalna zmiana wynikająca z procesów demograficznych i społecznych oraz zmiana kulturowa, która inspiruje coraz więcej kobiet do studiowania architektury. Na pewno stanowi ona szansę na szerszą przemianę, zarówno w sposobie uprawiania zawodu, jak i samej architekturze. Nie tak dawno temu prowadziłam projekt badawczy dotyczący architektury modernistycznej w Ameryce Łacińskiej. Badaliśmy związek pomiędzy architekturą i urbanistyką, a przemocą w miastach. Te wszystkie porywające, ale totalne miasta modernistyczne, które badaliśmy – w większości utrzymane w duchu Corbusiera – są nowoczesne, zbudowane w oparciu o teorie związane z ideą postępu społecznego i przestrzennego, ale także zaprojektowane przez mężczyzn i dla mężczyzn. Jako jedną z przyczyn wysokiego poziomu przestępczości wskazaliśmy rozłam pomiędzy miastem formalnym a nieformalnym, podział związany z paradygmatem modernistycznym w planowaniu. Bardzo silna wizja forsowana przez projektantów – prawie wyłącznie mężczyzn – nie dopuszczała kompromisu ani nawet dialogu z zastanymi warunkami. Nowe miasto miało powstać w całości i od razu, stworzone spójnie, od masterplanu do mebli. W momencie, kiedy okazało się, że ludzi przyjeżdża więcej niż może się pomieścić, funduszy jest za to mniej, zamiast zmodyfikować projekt i dopasować go do nowych potrzeb, na siłę starano się zrealizować go w pierwotnych założeniach. Napływających mieszkańców zostawiono samym sobie, więc zbudowali sobie własne nieformalne miasto. Te dwa miasta mogłyby być mocniej zintegrowane, gdyby tylko modernistyczni planiści byli skłonni myśleć bardziej o ludziach i o okolicznościach, a nie tylko o projekcie i o formalnych pomysłach związanych z wielkimi męskimi nazwiskami w modernistycznym planowaniu. Miasta coraz bardziej dzieliły się na dwa światy: „nowoczesny” i „tradycyjny”, formalny i nieformalny, zamieszkiwane odpowiednio przez bardziej uprzywilejowanych i biednych. Mieszkańcy obszarów nieformalnych byli zmuszeni sami zbudować swoje mieszkania i odtwarzać źródła utrzymania. Z czasem lokalne struktury mafijne skorzystały z tej dynamiki. Wykorzystały mechanizmy zabudowy przestrzeni ad hoc do kontroli przepływu towarów. To bardzo złożony system przyczynowo-skutkowy, trudny do opisania w tym krótkim wywiadzie. Przytaczam go jednak, ponieważ wydaje się być dobrym przykładem na to, że w złożonej rzeczywistości lepiej poradzą sobie architekci (i architektki) otwarci, którzy dostosują się do ludzi i ich zmieniających się potrzeb. Rozumiejący rozdźwięk pomiędzy tym, co zaprojektowali, a tym co się wydarzy. W tym kontekście sądzę, że kobiety mają potencjał, żeby lepiej dawać sobie radę w takich złożonych i zmieniających się okolicznościach. Mają potencjał, żeby przyjąć, że nie zawsze wszystko można wykonać zgodnie z odgórnym planem. Mają więcej pokory i mniej ego, które utrudnia kompromisy. To jest oczywiście prowokacyjne uproszczenie: są zarówno kobiety pozbawione pokory, jak i mężczyźni skłonni do kompromisów. Poruszam się w sferze pewnego uogólnienia, stereotypu, ale jednak myślę, że więcej kobiet w zawodzie może budować lepsze miasta, bo wnoszą pewną wrażliwość i otwartość na negocjacje. Kwestionują hierarchiczną strukturę zarządzania, zastępując ją układem bardziej horyzontalnym.

Czy to, że jesteś kobietą, miało wpływ na rozwój Twojej kariery?

Moje doświadczenie jest w tym względzie specyficzne, bo pracę na uczelni, wśród architektów, rozpoczęłam już jako profesor zwyczajny i bardzo szybko zostałam szefową Wydziału Planowania i Projektowania Przestrzennego. Wszyscy byli dla mnie mili, bo byłam szefem. Autorytet tego urzędu oraz prawa i obowiązki, które z nim przyszły, pomogły mi poczuć się mile widzianą. Oczywiście, na naszej uczelni pojawiały się problemy związane z płcią; nie mówię więc, że nie było żadnych uprzedzeń, ani że nie byłam traktowana inaczej, ponieważ jestem kobietą. Tym bardziej istotne jest, aby kobiety mogły zajmować stanowiska kierownicze. Jeśli chcemy zmienić ich miejsce w architekturze i projektowaniu, powinniśmy skupić uwagę na symetrii/asymetrii dostępu kobiet do awansów. Dopóki świat się nie zmieni, a już szczególnie środowisko akademickie, stanowiska będą pomagały kobietom w zdobyciu i utrzymaniu autorytetu. Inaczej kobietom trudno jest zyskać autorytet, bez obawy wyalienowania. Mężczyźni zazwyczaj nie mają tego problemu. Nie jestem architektką, więc na GSD miałam (i mam nadal) pozycję podwójnej outsiderki. Socjolożki wśród architektów i kobiety w bardzo męskim środowisku. I nie oddałabym tej pozycji outsidera za nic. Ona daje mi dużo niezależności i wgląd, którego nie mają ludzie bardziej zanurzeni w obowiązującym paradygmacie. Rozwijając ten pomysł, proponuję, aby kobiety zajmujące się architekturą i planowaniem nie rezygnowały ze swojej „zewnętrznej” perspektywy jako córki, matki, żony, które historycznie nie miały dostępu do zawodu. Zachowanie tej wrażliwości może zapobiec przemianie architektek na wzór stararchitektów – w architektoniczne diwy. Powstrzymać je przed przejęciem męskiego modelu wszechmocnego, nieomylnego architekta. Mam nadzieję, że kobiety, a właściwie wszyscy, będą kultywować i wykorzystywać swój potencjał do bardziej wrażliwej społecznie i mniej hierarchicznej praktyki architektonicznej.

Jakie są Twoim zdaniem największe współczesne wyzwania dla architektek?

Podczas ostatniego spotkania organizacji Women in Design, o której już wspomniałam, zastanawiano się jak umożliwić kobietom osiągnięcie tego, do czego dochodzą mężczyźni. Moja odpowiedź na pytanie młodej architektki, która ubolewała nad różnicami płci w tej dziedzinie, była celowo prowokacyjna: zasugerowałam, że zamiast pytać, co uczyniłoby nas bardziej podobnymi do mężczyzn, moglibyśmy walczyć o zmianę zasad ich pracy. Dlaczego nie mieliby oni zmienić sposobu, w jaki działają, by stać się bardziej podobni do kobiet, a nie odwrotnie? Rozmawialiśmy też o tym, że kobiety często wykonują dodatkową pracę i starają się być graczem zespołowym, pracując w interesie grupy. Wiele kobiet w GSD sugerowało, że jest to etos, który wykorzystują w swojej pracy projektowej, w biurach, ale przy tym cały czas widzą mężczyzn pracujących głównie na własną rękę, na siebie; nie jako członków zespołu, starających się, by wszyscy w grupie mogli się rozwijać. W dzisiejszym świecie, w branży architektonicznej i urbanistycznej, potrzebujemy więcej współpracy, więcej umiejętności negocjacyjnych oraz bardziej precyzyjnego rozpoznawania społecznego i ludzkiego kontekstu projektowania. Jeśli uważamy, że kobiety mają mocne strony w tych dziedzinach, powinniśmy wykorzystać i zaszczepić te cechy w zawodzie, aby nasi koledzy i koleżanki również mogli przyjąć taką wrażliwość. Wydaje się, że studentom spodobała się moja odpowiedź. Zobaczymy, co stanie się w najbliższej przyszłości.

NOWY NUMER

[architektura-issue-generator] - Zajawka kup dostęp - górna

Kup dostęp
Architekura - zajawka 05/2020

Szukasz innych wydań ?

Sprawdź archiwum